Zderzenie samolotu z ptakiem nie jest rzadkim zjawiskiem. W płoszeniu latających intruzów pomagają sokoły, rarogi, jastrzębie. Jak naturalny instynkt łowiecki drapieżnego ptaka jest wykorzystywany do zapewnienia bezpieczeństwa na lotnisku? W tajniki pracy sokolnika w porcie lotniczym Kraków-Balice wprowadza specjalista w tej dziedzinie – Sławomir Pawłowski.
„Ekipa”, jak nazywa swoich podopiecznych Sławomir Pawłowski, sokolnik z Balic, liczy dziesięć ptaków. Osiem z rodziny sokołów i dwa jastrzębie. Są jeszcze psy – każdy z dwóch pracujących na lotnisku sokolników ma własnego. Fot. Kamil Jasiński
– Muszę pana poprosić o zdjęcie kamizelki – uprzedza Sławomir Pawłowski, sokolnik. Jesteśmy na podkrakowskim lotnisku w Balicach, gdzie obok portu cywilnego znajduje się 8 Baza Lotnictwa Transportowego. Odblaskowa kamizelka jest tu czymś tak oczywistym jak przepustka zawieszona na szyi. Ale nie w pobliżu wolier – jaskrawe kolory niepokoją ich mieszkańców, podobnie jak obecność obcych ludzi. – Ptaki drapieżne są zwierzętami wrażliwymi psychicznie. Każda zmiana w otoczeniu powoduje u nich stres – wyjaśnia mój rozmówca.
„Ekipa”, jak nazywa swoich podopiecznych Pawłowski, liczy dziesięć ptaków. Osiem z rodziny sokołów i dwa jastrzębie. Są jeszcze psy – każdy z dwóch pracujących na lotnisku sokolników ma własnego. Pawłowskiemu towarzyszy Aro, wyżeł czeski szorstkowłosy.
W jednej z wolier siedzi pełnoprawny od niedawna członek „ekipy”, Egon, młody raróg. – Energiczny, zaangażowany; jest jak młody człowiek: wszędzie go ciągnie, wszystko chciałby zobaczyć, wszystkiego doświadczyć. Później dojrzeje, zrobi się spokojniejszy, stateczniejszy; łatwiej będzie z nim pracować – mówi Pawłowski, uśmiechając się lekko. Kilkaset metrów dalej startują i lądują samoloty. Bezpieczeństwa pasażerskich odrzutowców i wojskowych transportowców strzegą radary, procedury, kontrolerzy, wyspecjalizowane służby – oraz właśnie Egon z „ekipą”.
Siła odstraszania
Wbrew potocznym wyobrażeniom zadaniem sokołów i jastrzębi nie jest polowanie na wszystko w pobliżu pasa startowego. – Nasi podopieczni pojawiają się w przestrzeni i pokazują, że są – to wystarczy. Dla ptaków w naturze drapieżnik jest drapieżnikiem. One nie wiedzą, czy ten konkretny sokół jest dziki, czy nasz, jeśli więc go widzą, profilaktycznie uciekają – tłumaczy Pawłowski. Jak sprawić, by naturalny instynkt łowiecki drapieżnika pracował na rzecz człowieka? Sokolnicy doprowadzają zwierzę do tego, co nazywają „kondycją łowczą”. Kontrolując ilość pokarmu, odtwarzają stan fizjologiczny, który w naturze zmusza drapieżnika do poszukiwania zdobyczy. – Z tym że nasz ptak jest nauczony, że zamiast polować, po prostu sobie polata i wraca do nas po nagrodę – wyjaśnia sokolnik. Tą jest surowe mięso.
Pies ma nieco inne zadania. Aro jest potrzebny przede wszystkim do tropienia i przeganiania zwierząt naziemnych – choćby lisów czy zajęcy. – Do tej roli trzeba nam czworonoga, który lubi biegać i ma dobry węch. Wyżły sprawdzają się tu idealnie – zapewnia Pawłowski.
Jednak najpoważniejszym problemem pozostają ptaki, bo – jak zauważa sokolnik – poruszają się w trzech wymiarach. A zderzenie z nimi nie jest na lotniskach rzadkim zdarzeniem. Według danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego, w 2025 roku (od stycznia do listopada) w Polsce zgłoszono co najmniej 1861 takich przypadków, z tego 172 dotyczyły lotniska Kraków-Balice. ULC szacuje globalne straty lotnictwa cywilnego powodowane przez takie kolizje na 1,2–2 mld dolarów rocznie.
Oczywiście nie każde skrzydlate zwierzę stanowi takie samo zagrożenie. – Jaskółka praktycznie żadnego. Nawet jeżeli wpadnie w silnik, to przez niego przeleci – mówi Pawłowski. – Zassanie gołębia lub pustułki oznacza konieczność przeglądu, serwisu, czyszczenia. Natomiast większy ptak niesie ryzyko uszkodzenia silnika – wylicza sokolnik, zaznaczając przy tym, że nie pamięta, by w Balicach do silnika trafił ptak większy od gołębia.
Ptaki rozpoznają sokolnika
Praca sokolnika nie polega na mechanicznym objeżdżaniu lotniska i wypuszczaniu sokoła. –Patrole są nieregularne, żeby nie przyzwyczajać ptaków-intruzów do schematyczności naszego poruszania się – wyjaśnia Pawłowski. Kiedy zaczynał pracę w Balicach, szybko się przekonał, jak bardzo jest to potrzebne. – Jechałem z jednego miejsca w drugie, patrzę we wsteczne lusterko, a 200 m za mną już ptaki lecą właśnie tam, skąd wyjechałem. Wiedziały, że przez najbliższe 20–30 minut mnie tam nie będzie.
Kolizja z ptakami nie jest na lotniskach rzadkim zdarzeniem. Według danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego w 2025 roku – od stycznia do listopada – na lotnisku Kraków-Balice zgłoszono 172 zderzenia z ptakami. Fot. Longfin Media/Adobe Stock
Dzikie ptaki nauczyły się nawet rozpoznawać samochód sokolników. Ba, kiedy ci używali białego Land Rovera, kawki wraz z innymi niechcianymi bywalcami lotniska zaczynały uciekać także przed innymi białymi samochodami należącymi do służb. Po zmianie auta na szare Suzuki efekt początkowo zniknął. Ta historia dobrze ilustruje nieustanny wyścig adaptacyjny trwający na lotnisku. Sokolnicy uczą swoje ptaki, ale dzikie ptaki uczą się sokolników.
Sprzyja temu otoczenie Balic – pobliskie miejscowości, zabudowania, Wisła i stawy rybne, a także trochę budynków cywilnych poza terenem lotniska, które dla części gatunków mogą być miejscem gniazdowania. – Kiedyś było tam więcej pustostanów. Bywało, że gdy przyjeżdżało się rano do pracy, a młode wylatywały z gniazd, to tylko czarna chmura stamtąd leciała –wspomina Pawłowski.
Dużo zależy od pogody. Po deszczu przy pasie pojawiają się mewy i gawrony, bo na powierzchnię wychodzą dżdżownice. Jaskółki schodzą nisko za owadami. Sokolnikowi niekoniecznie jest wtedy łatwiej. – Mewy latają w naprawdę złych warunkach. Mocno wieje albo pada, a na nich nie robi to wrażenia. Sokoła możemy puścić tylko raz, bo szybko zamoknie i nie nadaje się do kolejnego lotu. Później musimy się gimnastykować, żeby przepłoszyć ptaki w inny sposób – opisuje Pawłowski. Silny wiatr też może uziemić drapieżniki. – Chodzi o ryzyko, że ptak zostanie zwiany gdzieś daleko poza lotnisko. I później trzeba wyjechać, żeby go szukać, a w tym czasie teren pozostaje bez ochrony.
Umiejętne zarządzanie pracą
Latem dyżur sokolnika trwa 12 godzin, zimą osiem. Patrole przeplatają się z interwencjami. Średnio – jak szacuje Pawłowski – wezwanie z wieży zdarza się raz dziennie. Jeżeli problem występuje daleko od pasa, może działać samodzielnie. W pobliżu drogi startowej albo dróg kołowania wszystko trzeba już uzgadniać z obsługą wieży. – Bywa, że samolot czeka na start, a ja działam. Zdarza się, że lądujący samolot jest odesłany na drugi krąg. Innym razem to ja czekam.
Bo nie każdego ptaka trzeba natychmiast płoszyć. Jeśli przy pasie usiądzie bocian i spokojnie chodzi wokół jednego miejsca, Pawłowski woli czasem zostawić go w spokoju. Wie, gdzie jest i co robi. Czeka więc na dłuższą przerwę w ruchu i dopiero wtedy interweniuje. Źle wybrany moment mógłby bowiem zamienić zagrożenie znajdujące się na ziemi w znacznie poważniejsze – ptaka poderwanego prosto pod nadlatujący samolot. Z tego samego powodu w pobliżu pasa ostrożnie korzysta ze swoich drapieżników. Sokół ma odstraszać inne ptaki, ale sam przecież może znaleźć się na kursie samolotu. Dlatego jego lot również trzeba uzgodnić z wieżą. I właśnie tutaj najlepiej widać, że praca opiekuna drapieżników nie polega jedynie na wypuszczaniu sokoła.
Ptaki-strażnicy żyją zresztą nie tylko pracą. Pierzenie – które wyłącza z aktywności – może trwać trzy i pół do czterech miesięcy. Przed powrotem do wykonywania zadań trzeba zejść z „urlopowej” wagi. – To jest tak jak ze sportowcem. Po okresie spoczynku musi wrócić ze swoją wagą do kondycji sportowej, żeby być w pełni sprawnym i chętnym do roboty – tłumaczy Pawłowski. Jest też emerytura. Jedna z samic raroga górskiego przestała pracować, kiedy pojawiły się problemy z poruszaniem i przestała dobrze znosić wstrząsy podczas jazdy samochodem. Teraz pozostaje w wolierze. – Przecież te ptaki służyły nam przez lata, więc opiekujemy się nimi do końca – mówi sokolnik.
Radość to radość
Nowi pracownicy zaczynają natomiast bardzo wcześnie. Do sokolników trafiają mniej więcej jako dwumiesięczne ptaki. Najpierw przyzwyczajają się do człowieka, później uczą się przy nim jeść. Następnie przychodzi czas treningów latania na lince, stopniowo dystans jest wydłużany i wreszcie pojawia się ten moment, w którym sokolnik musi zaryzykować i puścić ucznia bez zabezpieczenia. Układanie trwa od około półtora do dwóch miesięcy, potem kolejne miesiące zajmuje budowanie kondycji.
Nie jest to jednak więź podobna do tej, jaką człowiek tworzy z psem. – Ptaki drapieżne to indywidualiści. Tu cały system szkolenia i pracy opiera się na nagrodach – Pawłowski nie pozostawia złudzeń co do charakteru relacji. – Ale ja się do nich przywiązuję – zdradza.
Sam trafił do sokolnictwa jeszcze jako uczeń technikum leśnego w Tucholi, gdzie działała szkolna sokolarnia. Później przez kilka miesięcy pracował razem z kolegą w Kanadzie, płosząc ptaki na plantacjach owocowych. Gdy tamten rozpoczął pracę w Balicach, zaproponował Pawłowskiemu dołączenie do zespołu. – Lubi pan to zajęcie? – pytam. Pawłowski kiwa głową. – Co najbardziej? – Przez chwilę się zastanawia. – Najbardziej lubię to, że nie trzeba się kontaktować z ludźmi. Przynajmniej nie za dużo. – Uśmiecha się. Po chwili już całkiem serio tłumaczy, że ze zwierzętami łatwiej mu się porozumieć. – One mają proste reakcje. Radość to radość, gniew to gniew, strach to strach. Gdy pies się cieszy, to wiadomo, że się cieszy, gdy ptak jest zdenerwowany, to jest zdenerwowany. A zachowanie człowieka zawsze jest takie trochę teatralne. Dlatego wolę zwierzęta.
autor zdjęć: Kamil Jasiński, Longfin Media/Adobe Stock, Fot. Kraków Airport

komentarze