Złoto i srebro igrzysk olimpijskich w Tokio, liczne medale z mistrzostw świata i Europy – lista sportowych sukcesów Justyny Święty-Ersetic jest długa, a ona sama ciężko trenuje, by dopisać do niej kolejne. Od siedmiu lat jej życie zawodowe toczy się dwutorowo – na bieżni i w mundurze. Jako żołnierz Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego wkrótce rozpocznie kurs podoficerski.
– Nie wiem, czy byłabym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie przypadek i dużo szczęścia – mówi Justyna Święty-Ersetic. Jako dziecko nie marzyła nawet o tym, że kiedyś stanie na olimpijskim podium. – Po prostu byłam jednym z tych dzieciaków, które nie potrafią usiedzieć w miejscu, kochałam ruch – wspomina. Wysportowana uczennica często była typowana do reprezentowania podstawówki na różnych zawodach. Na jednych z nich, gdy zajęła drugie miejsce w biegu 8 × 50 m, dostrzegł ją trener Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Raciborzu. Zaczęła jeździć na treningi lekkoatletyczne i na poważnie wciągnęła się w bieganie. Na tyle, że już na etapie wyboru gimnazjum była zdecydowana na szkołę sportową. – Jestem dowodem na to, że sam talent to za mało. Dziecko potrzebuje kogoś, kto dostrzeże predyspozycje i będzie umiał pokierować, zachęcić do treningów – podkreśla. To jednak dopiero początek. Dalej zaczyna się codzienna, żmudna praca.
– W gimnazjum trenowałam codziennie, w tym trzy razy w tygodniu miałam po dwa treningi. Ponadto obozy, starty w zawodach, do tego dochodziła nauka – mówi lekkoatletka. Sporym ułatwieniem było wsparcie nauczycieli – w szkole sportowej uczniowie mogą liczyć na indywidualne terminy zaliczeń dostosowane do kalendarza treningów i zawodów. Jednak, jak przyznaje Justyna Święty-Ersetic, i tak wymagało to ogromnej dyscypliny i wielu wyrzeczeń. Te przychodziły jej jednak z łatwością. – Treningi to była dla mnie przyjemność, uwielbiałam rywalizację, ścigałam się z kolegami i miałam satysfakcję, jak udało im się utrzeć nosa – wspomina. Ogromną motywacją były też pierwsze sukcesy. W 2009 roku jako 17-latka pojechała na pierwsze mistrzostwa świata juniorów młodszych. Choć wróciła bez medalu, zająwszy wraz z drużyną szóste miejsce w sztafecie, sam fakt startu w prestiżowych zawodach uznała za ogromne osiągnięcie. – To był kamień milowy, który do dziś pamiętam, choć potem zaczęłam już przywozić z zawodów medale – podkreśla.
Niełatwo jest zdobyć medal
Dziś jej życie to głównie zgrupowania sportowe, na których przygotowuje się do startów w kolejnych zawodach. – Mogłabym wykonać trening, nie wyjeżdżając na zgrupowanie, ale tam mam całkowicie wolną głowę. Moim jedynym zadaniem jest skupienie się na sporcie, mam zapewnione posiłki, regenerację – tłumaczy. W czasie zgrupowań trenuje dwa razy dziennie. To nie tylko ćwiczenia na bieżni, lecz także treningi na siłowni. – Wiele osób, oglądając zawody lekkoatletyczne, myśli, że my trenujemy tylko bieganie. W rzeczywistości przygotowania bazują na bardzo różnorodnych ćwiczeniach, musimy wypracować skoczność, siłę, wytrzymałość, robimy ćwiczenia, które zapobiegają kontuzjom – wyjaśnia. Po całym dniu na zgrupowaniu jest tak zmęczona, że siły wystarcza tylko na relaks przy książce czy filmie. – W tym momencie nie ma w moim życiu miejsca na inne formy ruchu, nawet rekreacyjnie. A mam swoje małe marzenie – chciałabym jeździć na nartach. Zazdroszczę znajomym, którzy każdej zimy jadą na stok, ale wiem, że ryzyko kontuzji jest zbyt duże, żeby ryzykować – wyznaje.
To niejedyne wyrzeczenie, którego wymaga osiągnięcie poziomu mistrzowskiego. Odbywa się to także kosztem życia prywatnego i rodzinnego. – To bywa przykre, kiedy siostrzeńcy pytają: ciociu, znowu cię nie będzie? – mówi szczerze. Wsparcie znajduje u męża, który jako były zapaśnik doskonale rozumie ten specyficzny tryb życia. Pracuje też z psycholog sportową, bo – jak podkreśla – sama sprawność fizyczna to nie wszystko. – Jeśli głowa nie współpracuje na zawodach, to nic z tego nie ma. Stres zawsze jest, ale nauczyłam się przekuwać go w motywację – mówi biegaczka, która w sztafecie 4 × 400 m zawsze biegnie na najbardziej wymagającej, ostatniej zmianie.
Musiała też nauczyć się, jak radzić sobie z presją ze strony kibiców, którzy zawodnika stającego na podium kochają, ale wystarczy jedna porażka, by sympatia zupełnie się odwróciła. – To przykre, bo ludzie nie rozumieją, że my chcemy być najlepsi i ciężko na to pracujemy, ale nie da się z każdych zawodów wracać z rekordem i medalem i być stale w życiowej formie. Dlatego staram się nie czytać komentarzy w internecie, bo kilka z tych, na które się natknęłam, było naprawdę krzywdzących. Na przykład o tym, że się skończyłam i zabieram miejsce młodszym. A ja nikomu żadnego miejsca nie zabrałam, musiałam je wywalczyć, zakwalifikować się. Młodsi też dojdą do tego etapu – tłumaczy. Jak zaznacza, kibice nie zdają sobie zwykle sprawy z poziomu wysiłku i ilości pracy, jaką wykonują sportowcy.
– Treningi to są hektolitry potu, to jest walka z własnymi możliwościami, nieraz z bólem, ogromnym zmęczeniem. Nie zawsze schodzę z bieżni z uśmiechem. Zdarza się, że popłyną łzy – przyznaje. Jedną z najtrudniejszych chwil w karierze przeżyła po kontuzji tuż przed mistrzostwami świata. – Przez dwa miesiące codziennie walczyłam o to, żeby wystartować, i codziennie płakałam. Wszyscy mówili, żebym dała sobie spokój, że wrócę za rok. Wystartowałam i przywiozłam swój pierwszy medal – brąz w sztafecie. Gdybym miała przejść tę drogę jeszcze raz, znów bym płakała w poduszkę, ale to, co dzieje się na mecie, wszystko rekompensuje – wspomina.
Mundur nosi z dumą
Żelazna dyscyplina, pokonywanie własnych ograniczeń, znoszenie dyskomfortu, ogromny wysiłek fizyczny – to elementy życia sportowca, które dobrze znane są również żołnierzom. Justyna Święty-Ersetic należy do tego grona od siedmiu lat. – Nigdy nie przypuszczałam, że będę miała ten zaszczyt reprezentować nasz kraj jako sportowiec, a teraz od kilku lat także jako żołnierz Wojska Polskiego. To dla mnie ogromna duma i dodatkowa mobilizacja – przyznaje. Szkolenie podstawowe przechodziła w Mrzeżynie, w 36 Dywizjonie Rakietowym Obrony Powietrznej, a od marca 2019 roku pełniła służbę w Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych we Wrocławiu. Obecnie ma stopień starszego szeregowego specjalisty i służy w Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym. Głównym zadaniem żołnierzy z CWZS-u jest reprezentowanie Polski i polskiej armii na stadionach lekkoatletycznych, ale nie zwalnia to ich z realizowania innych obowiązków związanych z noszeniem munduru.
– Regularnie jesteśmy powoływani na ćwiczenia, trenujemy strzelanie, musztrę, mamy zajęcia medyczne – mówi Justyna Święty-Ersetic. Podkreśla, że zdaje sobie sprawę z obowiązków, jakie przyjęła na siebie, składając przysięgę wojskową. – W razie potrzeby będę przede wszystkim żołnierzem – zaznacza. O tym, że wojsko traktuje poważnie, świadczą jej plany dalszego rozwoju w armii. Jesienią rozpoczyna kurs podoficerski. Nie wyklucza, że w przyszłości, już po zejściu z bieżni, będzie kontynuowała służbę wojskową. – Kariera zawodowego sportowca nie jest długa, zdaję sobie sprawę, że ja jestem już u schyłku moich możliwości. Czas powoli zastanawiać się nad tym, co dalej – mówi lekkoatletka. Jeszcze nie podjęła decyzji, jaką drogą będzie chciała pójść, ale zostanie podoficerem otwiera furtkę do jednej z nich.
autor zdjęć: Tomasz Kasjaniuk, Marek Biczyk/ PZLA

komentarze