Spędziłem w Afganistanie wiele miesięcy między 2004 a 2013 rokiem. W tym czasie naprzemiennie pracowałem też w Iraku, lecz to „Afgan” był dla mnie szkołą życia, nie tylko reporterskiego i dziennikarskiego. Ukształtował moje spojrzenie na wojnę, ale też szerzej, na relacje międzyludzkie – i wciąż we mnie siedzi. Opowiem o tym, sięgając po kilka krótkich historii.
Zestaw RCP (route clearance patrol) skanujący drogę w poszukiwaniu min pułapek; prowincja Ghazni, zima 2012. Fot. Marcin Ogdowski.
Był wczesny ranek, obudził mnie pełny pęcherz. Pociągnąłem zamek błyskawiczny śpiwora i uniosłem nieznacznie głowę. Jak świsnęło… – może metr, może półtora metra nade mną. Wystrzelony z ręcznej wyrzutni przeciwpancernej granat przyleciał przez pozbawiony okiennic otwór i w taki sam sposób opuścił pomieszczenie. Przecinając lokum, szczęśliwie na nic nie natrafił i eksplodował już na zewnątrz. Opadłem na łóżko, a zaraz potem na podłogę. Mój sąsiad zrobił to samo. – Witamy w Adżiristanie – oznajmił, śmiejąc się przy tym zawadiacko.
Różna gęstość mgły
Pobudka, jaką zaoferowali nam talibowie, przybrała postać niezgorszej kanonady. Z zajmowanych przez rebeliantów pozycji przyleciało jeszcze kilkanaście granatów, do których dołożono sporo serii z broni maszynowej. Nikomu z Polaków nic się nie stało, ale atak – nawet jak na „krainę latających erpegów” – był nietypowy. Nie tyle sam w sobie, ile jako element całego ciągu zdarzeń. W dystrykcie, w którym znajdował się ów wysunięty posterunek, od wielu tygodni panował względny spokój. I nagle, z dnia na dzień, sytuacja uległa zmianie. – Chcą nas stąd wykurzyć – mówili żołnierze, przekonani o „wyższej” celowości działań podejmowanych przez Afgańczyków.
Uległem tej narracji. Nie mogłem wówczas ujawnić, gdzie konkretnie się znajduję, napisałem zatem tekst utrzymany w formie relacji z drugiej ręki. Z nadzwyczajnej aktywności talibów w Adżiristanie wywiodłem wniosek, że w całej pilnowanej przez Polaków prowincji Ghazni mamy do czynienia z nasileniem się walk. Post factum okazało się, że do wspomnianego dystryktu przybyło na odpoczynek talibskie komando wielkości kompanii wojska. Na południu Afganistanu trwały ciężkie boje – Brytyjczycy i Amerykanie nie pozwalali rebeliantom na pauzowanie. Łatwiej im było więc lizać rany we względnie spokojnej polskiej zonie – stąd ów transfer. A że bojownicy nie lubili bezczynności, postanowili naprzykrzyć się Polakom. Ot, kwintesencja wojennego, aktywnego wypoczynku.
Na wojnie co innego widzą i wiedzą szeregowcy, co innego oficerowie liniowi średniego szczebla czy sztabowcy z tego poziomu. Jeszcze inaczej wygląda to z perspektywy najwyższego rangą dowódcy. Paradoksalnie, wszyscy mogą mieć rację w ocenie sytuacji. Coś, co dla pojedynczego plutonu jest dramatem i sytuacją bez wyjścia, na wyższym poziomie staje się niewiele znaczącym incydentem. Albo nawet ważnym, ale mniej istotnym od pozostałych składowych sytuacji na froncie. Czy wręcz bardzo ważnym, lecz wpisującym się w logikę poświęcenia czyjegoś życia w imię wyższej konieczności. „Wysoki widzi więcej”. Naczelny dowódca nie doświadcza fizycznych aspektów frontowej rzeczywistości, ale jego horyzonty poznawcze są znacznie szersze niż szeregowca tkwiącego w okopie. Liczba źródeł, z których czerpie informacje, jest nieporównywalna. Raporty jednostek liniowych, dane wywiadowcze, rozeznanie w możliwościach logistycznych itp. – wszystko to w skali makro – dają wyższą świadomość sytuacyjną niż osobiście odczuwana presja nieprzyjaciela. Która często skutkuje percepcyjnym przeładowaniem, zaburzającym odbiór rzeczywistości (trudno zachować tzw. trzeźwe myślenie w realiach ciągłego ostrzału). A do tego dochodzi decyzyjność i możliwość kreowania sytuacji – im wyżej, tym większa. I choć wojenna mgła dotyczy wszystkich bez wyjątku, jej gęstość wprost zależy od miejsca w hierarchii.
Siła wojennego przesądu
– Napięcie jest okropne. Realnie ryzyko się nie zmienia, ale jak zawsze pod koniec zmiany każdy myśli sobie, że głupio by było teraz zginąć. I trochę bardziej się boi – zwierzał mi się jeden z żołnierzy Wojska Polskiego służący w Afganistanie. Była już jesień, „jego” letnia rotacja dobiegała końca. Według planu wojskowy za kilkanaście dni miał znaleźć się już w domu. Byłem z nim na jego „złotym patrolu” – ostatniej akcji, w której mój rozmówca brał udział. Po „złotym” zdawało się sprzęt, śmigłowiec przerzucał człowieka do bazy logistycznej, skąd samolotem wracało się do kraju.
Szedłem za nim na tzw. wąsach, szukając odciągów do min pułapek założonych przy drodze. Nie było to moje zadanie, ale i ja wypatrywałem na ziemi cieniusieńkich drutów używanych do zdalnej detonacji ładunków. Było to lepsze niż rozglądanie się na boki z nadzieją, że w porę dojrzę polujących na saperów rebeliantów. Z tego rozglądania i tak nic nie wychodziło – poza kupą nerwów – bo na ludzi „chodzących na wąsach” zwykle zaczajali się dobrze ukryci snajperzy. Na ziemi tymczasem, poza drutem, można też było dostrzec w porę – nim człek postawił stopę w niewłaściwym miejscu – rozmaite znaki wskazujące, że „było kopane”. Pułapki zastawiane na „poszukiwaczy wąsów” nie były tak wielkie jak miny pułapki „sadzone” na drogach, przygotowane pod pancerne auta. Tu mogły być ledwie małe ładunki, które właściwie nie musiały zabić – wystarczyło, że urwały stopę czy dwie.
Udzielanie pomocy medycznej rannemu afgańskiemu chłopcu;
prowincja Ghazni, jesień 2013. Fot. Marcin Ogdowski.
Ale nawet najbardziej uważne patrzenie pod nogi nie wykluczało rozmowy. Nawijaliśmy więc, złorzecząc na okrutnie przewrotną cechę ludzkiej psychiki, która każe wierzyć, że będąc już jedną nogą w domu, łatwiej sprowokować pecha. Tego popołudnia mój rozmówca go nie sprowokował – i szczęśliwie wrócił do domu. Kilka miesięcy później – w październiku 2013 roku – sam wyruszyłem na „złoty”. Polski Afganistan się kończył, a ja wiedziałem, że redakcja nie pośle mnie pod Hindukusz, gdy nie będzie tam już naszych. O Ukrainie – wówczas u progu majdanowej rewolty – w ogóle nie myślałem, innych wojen też nie brałem pod uwagę. Ostatecznie sprawy potoczyły się inaczej, ale tamtej jesieni patrol po odległych przedmieściach Ghazni jawił się jako zwieńczenie wojenno-reporterskich wędrówek. Znów byłem więc na „wąsach”, łażąc przy „ogródkach” – wzdłuż pięknej, soczystej zieleni, ciągnącej się po obu stronach drogi. Surrealistycznej dla kogoś takiego jak ja, kto przyzwyczaił się do ascetycznego, na poły pustynnego krajobrazu Afganistanu. Podziwiałem, a jednocześnie czułem kryjącą się w tym pięknie grozę – wszędzie tam mógł czaić się rebeliancki snajper, o obecności którego dowiedziałbym się po pierwszym strzale.
Długo towarzyszyli nam afgańscy przechodnie, aż w którymś momencie jakby zapadli się pod ziemię. Zrobiło się przeraźliwie cicho. „I to by było na tyle”, pomyślałem, czując, że zaraz coś się wydarzy. Wnet pojawiła się irracjonalna refleksja, że śmierć w tak pięknych okolicznościach przyrody nie byłaby niczym złym. Rozluźniłem się na chwilę, lecz zaraz przyszła właściwa reakcja. Zacząłem się bać. „Nie, nie teraz. Nie na ‘złotym’”, zaklinałem rzeczywistość.
– Wracajcie do wozów, kończymy. – Komunikat, który przy szedł przez radio, przyniósł ulgę tak wielką, jak chyba nic wcześniej. Udało się. Znowu – co nie zmieniało faktu, że ponownie przekonałem się o sile wojennego przesądu.
Adaptacja i jeszcze raz adaptacja
Latem 2007 roku w Afganistanie pojawiły się pierwsze kołowe transportery opancerzone Rosomak. Szybko okazało się, że fabryczny pancerz „Rośka” to za mało, że nie chroni on dostatecznie przed uderzeniami granatów przeciwpancernych wystrzeliwanych z wyrzutni RPG – i już na miejscu zaczęto doposażać wozy w dodatkowe płyty. Rosomak „spuchł”, miał jednak dość mocy, by poradzić sobie z „nadbagażem”. Ale wyścig zbrojeń cały czas trwał. „Problemem są chińskie erpegi z podwójnymi głowicami, które przepalają nawet te wzmocnione pancerze”, pisał mi jesienią 2009 roku kolega z Afganistanu. Ryzyko wymusza kreatywność – i tak załogi Rosomaków zaczęły na własną rękę udoskonalać zabezpieczenia. Nie było to nic nowego w najnowszej historii Wojska Polskiego – kilka lat wcześniej w Iraku masowo dopancerzano terenówki Honker, wykorzystując w tym celu złomowiska sprzętu po dawnej armii Husajna. W przypadku „Rośków” sięgnięto po rozwiązanie w postaci siatki – metalowych prętów na stelażu przymocowanym do burt wozów. Siatka miała przechwycić nadlatujący granat, zanim doszłoby do penetracji pancerza. Jakkolwiek zaimprowizowane, rozwiązanie się sprawdzało. W rezultacie parę miesięcy później na polskich wozach pojawiły się fabryczne siatki LSO (lekki system opancerzenia). Niestety, nie istnieją rozwiązania idealne – moduły LSO się gięły, obrywały, nie chroniły wszystkich elementów wozu, a niekiedy nie wytrzymywały kontaktu z nadlatującym pociskiem. „Erpegi” wciąż przepalały pancerze, czasami z tragicznym dla załogi i desantu skutkiem. Lecz zasadniczo LSO pozwoliły na znaczące ograniczenie strat. Podobnie z pojazdami typu MRAP, lepiej znoszącymi skutki eksplozji min pułapek. Istotą ich unikatowej konstrukcji było podwozie w kształcie litery „V”, które sprawiało, że znaczna część energii wybuchu rozchodziła się na boki. Stacjonujące w Afganistanie kontyngenty – w tym polski – dysponowały kilkoma typami takich pojazdów. I choć wozy te ocaliły życie wielu natowskim żołnierzom, bywało, że i one zawodziły. W wojnie minowej – jaką był konflikt w Afganistanie – z roku na rok rosła masa ładunków wykorzystywanych przez talibów. Początkowo „sadzili” oni kilkukilogramowe miny pułapki, później kilkunasto-, a następnie kilkudziesięciokilogramowe. Zdarzały się IED (zaimprowizowane urządzenia wybuchowe) o masie 200–300 kg i większe. Na takiego „ajdika” nie pomogłoby żadne opancerzenie – siła eksplozji była tak wielka, że wielotonowe pojazdy rozszarpywało na strzępy.
Lecz i na taką okoliczność istniały sposoby – „djuki”. Duke – jak wygląda prawidłowy angielski zapis nazwy tego urządzenia – to najprościej rzecz ujmując: zagłuszarka fal elektromagnetycznych. Zamontowana na pojazdach, znacznie utrudniała odpalenie ich w pobliżu „ajdików” za pomocą radia czy telefonu. Tworzyła niewidoczny parasol czy, jak to się dziś mówi, „bąbel antydostępowy” w odległości kilkudziesięciu metrów od chronionych wozów. „Djuki” włączano przy wyjeździe z bazy, ich dezaktywacja następowała po wjechaniu w bezpieczną strefę (co zwykle gremialnie odnotowywały telefony, informując o odzyskanym zasięgu i przychodzących wiadomościach tekstowych).
No ale i one miewały „dziury”, a część ładunków talibowie odpalali przy użyciu detonatorów elektrycznych. Do samego końca interwencji więc natowscy żołnierze ginęli na skutek IED, choć śmierć dotknęła ledwie ułamek tych, których bojownicy próbowali uśmiercić.
Adaptacja, adaptacja i jeszcze raz adaptacja. Wojnę przeżywa ten, kto szybciej adaptuje się do warunków pola walki.
Patrol pieszy na obrzeżach
miasta Ghazni, jesień 2013.
Fot. Marcin Ogdowski.
Ani rusz bez racjonalizacji
Rosomak, gdy zobaczyłem go pierwszy raz, sprawiał wrażenie przestronnego. Lecz wystarczyło, aby „desant”, a ja wraz z nim, założył kamizelki i hełmy. By chłopcy wzięli na pokład swój wojenny ekwipunek – karabiny, granatniki, amunicję, zapasy żywności. W przestrzeni, według konstruktorów przewidzianej dla ośmiu osób, robiło się wtedy ciasno jak diabli. Ciemność (lampki żarzyły się delikatnie, monitory były przygaszone), no i świadomość, że włazy to nie są lekkie drzwi otwierające się po naciśnięciu klamki, ale pancerne, ryglowane wrota, przywodziła na myśl puszkę. Albo trumnę. I ta trumna ciążyła w głowie, gdy „Rosiek” opuszczał bezpieczną bazę. Wypady Rosomaków w Afganistanie regulowała prosta zasada: „na dwa uda”. Uda się albo nie uda – nie wjechać na minę.
Wiadomo było, że min jest sporo, że ich eksplozje stanowiły zwykle wstęp do ataku rebeliantów – a to mobilizowało organizm do wyławiania spoza szumów silnika i radia jakichś innych, ważnych dźwięków (wybuchu, wystrzału, uderzenia kuli o pancerz). W tym czuwaniu, mimowolnie, brały udział wszystkie mięśnie – każde głośne napięcie w konstrukcji, każda dziura, niewielki wyłom w drodze, delikatnie nawet unoszące świetnie resorowany wóz spinały ciało w oczekiwaniu na kontakt z niszczącą falą.
Nie pomagały nabyte wcześniej doświadczenia: oglądanie rozbitych wozów czy udział w pożegnaniach zabitych kolegów.
Patrole były zwykle wielogodzinne, na takim „stendbaju” nie dało się pociągnąć zbyt długo. Po jakimś czasie zatem przychodziło zobojętnienie na zewnętrzne bodźce. To było jak przymykanie powiek – organizm i tak czuwał – ale gdzieś „w tle”.
No i była też skłonność do racjonalizacji. Któregoś razu do „mojego” wozu załadowano masę odebranej rebeliantom amunicji – całe 400 kg „towaru”. „Rosiek” był częścią patrolu saperskiego, który zdobyczne trofea miał wysadzić. Jechałem z nogami na skrzyniach pełnych granatów i pocisków RPG, świadom, że ich zawartość sama z siebie nie wybuchnie, ale w razie najechania na minę mocno spotęguje „bum”. – Nawet nie poczujesz, jak walnie. – Tych kilka słów kolegi w mundurze wystarczyło, bym przestał zadręczać się problemem.
„Jak ludzie dają sobie radę na wojnie?”, pytano mnie często. Istnieją, rzecz jasna, inne czynniki – a poczucie misji czy koleżeństwo być może całościowo są nawet ważniejsze – lecz gdy jest się już na miejscu, bez zobojętnienia i bez specyficznej, posępnej racjonalizacji ani rusz. Tak odpowiadałem, opierając się na własnych doświadczeniach.
Autor w czasie pracy w Afganistanie. Fot. Marcina Wójcika,
z archiwum zAfganistanu.pl.
Blizny na dłużej
Nie straciłem na wojnie dziecka, ale znam rodziców, którym dane było doznać tego bólu. Poznałem żony i rodzeństwo kilkunastu poległych żołnierzy. W ramach reporterskich obowiązków wiele razy pytałem o okoliczności, w jakich bliscy dowiadywali się o śmierci ukochanej osoby. Mieszały się w tych historiach życiowy banał i potworna tragedia.
Matka poległego we wrześniu 2009 roku Marcina Poręby, Zofia, opowiadała: „Wyszłam właśnie z obrządku i zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Tuż za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…”.
„Kilka dni wcześniej mieliśmy w domu pożar”, to z kolei relacja Jolanty Marciniak, matki Piotra, który zginął w walce z talibami 10 września 2009 roku. „Mąż z drugim synem i zięciem zabrali się za remont, a ja pojechałam na wieś do córki. Po telefonie od męża powiedziałam na głos, co się stało. Wnuki zaczęły krzyczeć, sąsiedzi się zbiegli, nie wiedzieli, co się dzieje. Musieliśmy iść do lekarza po środki uspokajające…”.
„Nie po to go rodziłam, by ginął na wojnie…”, w tych słowach innej matki rozpacz mieszała się z wyrzutem. Ktoś powie: egoizm. Odpowiem: tak, matczyny; nazywają to miłością. I nawet nie o duszeszczypatielną konkluzję mi chodzi, ale o świadomość, że wojny się kończą, ale blizny pozostają.
Marcin Ogdowski, pisarz, korespondent wojenny, nazywany również „pierwszym polskim blogerem wojennym”. Pracował m.in. w Iraku, Afganistanie, Ukrainie, Libanie, Gruzji, Ugandzie i Kenii. W mediach od 2000 roku, obecnie dziennikarz „Polski Zbrojnej”, współpracownik portalu TVP.Info, autor serwisu Bezkamuflazu.pl. W latach 2009–2014 prowadził kultowy blog zAfganistanu.pl.
autor zdjęć: Marcin Ogdowski, Marcin Wójcik

komentarze