Manewrowanie w szykach, prowadzenie łączności, współpraca ze śmigłowcem, a także monitoring… newralgicznych akwenów – reporterzy „Polski Zbrojnej” mieli okazję przyglądać się z bliska, bo z pokładu ORP „Albatros”, ćwiczeniom polskich niszczycieli min z okrętami natowskiego zespołu SNMCMG1. Wyjście w morze było także elementem operacji „Zatoka”.
Na pokład ORP „Albatros” wchodzimy w poniedziałek przed siódmą rano. Na okręcie trwa już gorączkowa krzątanina. Kilkadziesiąt minut później cumy zostają rzucone. Jednostka momentalnie odbija od nabrzeża i obraca się dziobem w kierunku wyjścia z portu. Błyskawiczny manewr jest możliwy dzięki pędnikom cykloidalnym, które konstruktorzy zainstalowali w kadłubie zamiast tradycyjnych śrub. Każdy pędnik składa się z wirnika i ruchomych skrzydełek, a ich praca zapewnia okrętowi ponadprzeciętną zwrotność. Kilka minut później jesteśmy już w portowych główkach i wychodzimy na lekko rozkołysany Bałtyk. Przed nami długi i pracowity dzień.
Śmigła nad pokładem
ORP „Albatros” to niszczyciel min typu Kormoran II (projektu 258) – jeden z trzech służących obecnie w marynarce wojennej. Wszystkie przynależą do 13 Dywizjonu Trałowców, stacjonują w Gdyni, a w swojej klasie uchodzą za najnowocześniejsze na świecie. Ich atuty można by wymieniać długo. Jeden to wspomniana zwrotność, inne: cichy napęd i kadłub zbudowany z amagnetycznej stali, co umożliwia okrętowi w miarę bezpieczne poruszanie się po zaminowanych akwenach (współczesne miny reagują przede wszystkim na dźwięk i pola fizyczne jednostek pływających), nowoczesny system zarządzania walką, wreszcie szereg różnego typu pojazdów podwodnych, zarówno autonomicznych, jak i zdalnie sterowanych. – Dzięki nim można zrealizować wszelkie działania wpięte w łańcuch obrony przeciwminowej – podkreśla kmdr ppor. Michał Bober, dowódca „Albatrosa”. Gavia i Hugin na przykład służą do skanowania morskiego dna w poszukiwaniu tak zwanych obiektów minopodobnych, zaś Double Eagle Sarov czy V8M500 – do ich ostatecznej identyfikacji i podkładania ładunków wybuchowych.
Dziś oczywiście nie zobaczymy całego spektrum możliwości okrętu, ale drobną próbkę – jak najbardziej. Okazja jest podwójna, ćwiczenia z SNMCMG1, czyli pierwszym ze stałych zespołów sił obrony przeciwminowej NATO i udział w operacji „Zatoka”. Ale po kolei.
Na razie zmierzamy na Zatokę Puckę, gdzie zaplanowane zostało spotkanie z sojuszniczymi okrętami. Zadania SNMCMG1 polegają na monitoringu kluczowych dla żeglugi szlaków północnej Europy, udziale w operacjach rozminowania i ciągłych ćwiczeniach, tak by pozostać w gotowości na wypadek kryzysu bądź wojny. W ostatni piątek zespół wszedł do Gdańska, by uzupełnić zapasy i dać marynarzom chwilę wytchnienia. Ale postój właśnie dobiegł końca.
Tymczasem mijają kolejne minuty. „Albatros” porusza się na północny-wschód z prędkością czterech węzłów. Niebawem po naszej prawej burcie zarysowuje się masywna, szara sylwetka. To LNV „Jotvingis” – litewski okręt dowodzenia, który od lipca pełni w SNMCMG1 rolę jednostki flagowej. Za nim podążają dwa niszczyciele min: FGS „Homburg” z Niemiec i FNS „Purunpaa” z Finlandii. W zespole jest jeszcze ORP „Mewa” – polski niszczyciel min bliźniaczy wobec „Albatrosa”, który jednak dziś realizuje inne zadania. Tak czy inaczej – na morzu będziemy mieć dwa okręty projektu 258. W ślad za nami z Gdyni wyszedł bowiem także ORP „Kormoran”, który również dołączy do ćwiczeń.
Marynarze pełniący wachtę na mostku „Albatrosa” nawiązują łączność z okrętami zespołu. Niebawem rozpoczyna się manewrowanie. Jednostki zbliżają się do siebie i ustawiają w szyku torowym. Przez pewien czas idą jeden za drugim, wykonują zwroty, wreszcie zaczynają przemieszczać się w szyku czołowym, czyli burta w burtę. Kiedy manewrowanie trwa w najlepsze, w okolicy pojawia się śmigłowiec W-3WARM Anakonda z Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej. – Dziś chcemy przećwiczyć także procedury związane z ratownictwem, a ściślej scenariusze ewakuacji rannego członka załogi – zapowiada kmdr ppor. Bober.
Chwilę później na otwartym pokładzie „Albatrosa” jest już bosman okrętowy ubrany w specjalny kombinezon, gogle i hełm. – Moje zadanie będzie polegało na naprowadzaniu śmigłowca – tłumaczy. Kiedy rozmawiamy, maszyna pojawia się za rufą okrętu. Jej sylwetka rośnie w szybkim tempie. Wreszcie Anakonda zawisa niemal nad samym pokładem i wolno przesuwa się naprzód wraz z okrętem, który przez cały czas pozostaje w ruchu. Ze śmigłowca zostaje opuszczona lina, po której zjeżdża ratownik. W myśl założeń ma on udzielić pomocy rannemu marynarzowi, który następnie zostanie podjęty na pokład maszyny. Operacja łącznie zajmuje kilkanaście minut i – jak przyznają marynarze – wymaga niezwykłej precyzji i chłodnej głowy. Nawet drobny błąd którejś z załóg może się skończyć katastrofą. W newralgicznym momencie śmigłowiec od okrętu dzieli przecież ledwie kilkanaście metrów.
Ćwiczenia trwają do późnego popołudnia. – Takie przedsięwzięcia znane są pod nazwą passex. Polegają na przećwiczeniu podstawowych procedur związanych ze współpracą okrętów. Marynarka stara się je realizować zawsze, kiedy do naszych portów zawijają zagraniczne okręty – przyznaje kmdr ppor. Bober. Passexy, w odróżnieniu od skomplikowanych i wielowątkowych międzynarodowych ćwiczeń, nie wymagają długotrwałych przygotowań. Można je przeprowadzić właściwie z marszu. A korzyści z nich płynące są wielorakie. Przede wszystkim służą zgrywaniu sił z różnych państw. Takie działania budują interoperacyjność, która stanowi przecież fundament NATO. – Dla nas to także element przygotowań do misji pod flagą Sojuszu – zaznacza oficer. W przyszłym roku, jak zapowiedział wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz, „Albatros” powinien dołączyć do zespołu przeciwminowego SNMCMG2 i wyruszyć na Morze Śródziemne.
Ale poniedziałkowe wyjście to element operacji, który ma fundamentalne znacznie dla bezpieczeństwa Polski.
„Zatoka”, czyli siła monitoringu
We wrześniu 2022 roku został wysadzony gazociąg Nord Stream, który łączył Rosję i Niemcy. Okoliczności tego wydarzenia do dziś nie zostały do końca wyjaśnione. Stanowiły jednak klarowny sygnał, że po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Bałtyk stał się obszarem szczególnie zagrożonym sabotażem i dywersją. W odpowiedzi polska marynarka wojenna uruchomiła operację „Zatoka”. – Od tamtej chwili nasze okręty regularnie monitorują ruch jednostek na kluczowych dla nas szlakach żeglugowych, sprawdzają podejście do portów, pojawiają się w rejonach, gdzie Polska posiada infrastrukturę krytyczną – wylicza kmdr Marek Obrębski z Centrum Operacji Morskich – Dowództwa Komponentu Morskiego, z którym rozmawiamy na pokładzie „Albatrosa”. Tej na Bałtyku jest naprawdę sporo – wystarczy wymienić świnoujski Gazoport czy biegnący po morskim dnie rurociąg Baltic Pipe, którym Polska rocznie importuje z Norwegii niemal połowę potrzebnego jej gazu. – Każde uszkodzenie tego typu instalacji stanowiłoby poważny cios dla gospodarki – przyznaje oficer.
A że ryzyko jest duże, potwierdziły incydenty z kolejnych lat. W pewnym momencie cywilne jednostki podejrzewane o związki z Rosją seryjnie uszkadzały kable i gazociągi należące do państw skandynawskich i bałtyckich. NATO zareagowało bardzo szybko – uruchomiło operację „Baltic Sentry”, która co do zasady obejmuje podobne działania do tych realizowanych w ramach „Zatoki”. Polska uczestniczy także w tym przedsięwzięciu. – Pozostajemy w kontakcie z sojusznikami, wymieniamy się danymi, koordynujemy naszą aktywność – zaznacza kmdr Obrębski.
Państwa NATO nie mogą nikomu ograniczać żeglugi. Przez wody międzynarodowe, na których znajdują się choćby gazociągi, każdego dnia przechodzą tysiące różnego typu jednostek pływających. Na co marynarze zwracają szczególną uwagę? – Załogi przyglądają się, czy te statki nie wykonują nietypowych manewrów w newralgicznych dla nas rejonach, czy nie łamią prawa, poruszając się z wyłączonym systemem AIS, który umożliwia ich identyfikację. Nasi marynarze starają się zweryfikować przynależność i zakładaną trasę danej jednostki, szczególnie jeśli jest ona podejrzewana o przynależność do rosyjskiej floty cieni – wyjaśnia kmdr Obrębski. Oficer przyznaje, że od rozpoczęcia operacji „Zatoka” do poważnych incydentów na polskich wodach terytorialnych i w tzw. wyłącznej strefie ekonomiczniej nie doszło. Nie oznacza to jednak, że ryzyko nie istnieje.
Podczas ćwiczeń załoga „Albatrosa” przez cały czas monitorowała szlaki podejściowe do największych polskich portów w Gdyni i Gdańsku. Na tym jednak nie koniec. – Okręt dzięki nowoczesnym sensorom, choćby wspomnianym już pojazdom podwodnym, jest w stanie monitorować podwodną infrastrukturę – dodaje kmdr ppor. Bober. Takie działania zostały zaplanowane na kolejne dni.
autor zdjęć: Łukasz Kermel, 13dTR, 8FOW

komentarze