moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Constans historii

6 Dywizja Powietrznodesantowa faktycznie była jednostką, w której czuło się, że nie jest jedynie przedłużeniem Armii Sowieckiej, jak myślano o wielu innych formacjach ówczesnego Wojska Polskiego. W ten sposób zapamiętałem tę dywizję – podkreśla profesor Krzysztof Zanussi, reżyser i scenarzysta w rozmowie z „Polską Zbrojną. Historia”

Panie Profesorze, przed naszym spotkaniem przejrzałem archiwalne numery „Polski Zbrojnej” z przełomu XX i XXI wieku, w których publikował Pan swe felietony. I to, co mnie w nich uderzyło, to Pańskie dążenie, by przypomnieć i na nowo zaszczepić w Wojsku Polskim etos armii II Rzeczypospolitej.

Krzysztof Zanussi: Niewątpliwie. To była świadoma refleksja nad tym, że w PRL doszło do bardzo negatywnego zjawiska. Mianowicie wojsko, a zwłaszcza jego korpus oficerski, stało się osobną kastą – ciałem obcym w społeczeństwie. Uwarunkowane to było oczywiście też politycznie, ale nie tylko. Zarówno moi rodzice, jak i rodzice mojej żony, wspominając czasy przedwojenne, podkreślali, że na każdym obiedzie czy spotkaniu towarzyskim byli ludzie w mundurach, którzy mieli sporo do powiedzenia nie tylko w kwestiach wojskowych.

REKLAMA

Natomiast w czasach PRL to się prawie w ogóle nie zdarzało. Moim zdaniem był to bardzo niedobry objaw, że armia jest społecznie wyizolowana. Wbrew pozorom po przełomie w 1989 roku – mimo deklaracji i przywracania tradycji armii II Rzeczypospolitej – proces przełamywania owej izolacji czy alienacji nie był wcale łatwy ani szybki. Wydawało mi się wtedy, że to jest bardzo ważne, żeby inteligencja wyszła z inicjatywą otwarcia się na ludzi w mundurach, którzy przed wojną byli przecież znaczącą częścią tejże inteligencji, by przypomnieć chociażby taką postać, jak kawalerzysta i literat generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski.

Akurat, gdy wpadłem na pomysł pisania do „Polski Zbrojnej” felietonów, ministrem obrony narodowej był mój szkolny kolega, Janusz Onyszkiewicz, a jego zastępcą Romuald Szeremietiew. Obaj panowie wykazali duże zainteresowanie moją inicjatywą, jak też zrozumienie dla niej. I tak zostałem felietonistą „Polski Zbrojnej”.

Wspomniał Pan generała Wieniawę-Długoszowskiego jako modelowy przykład inteligenta w mundurze. Nie możemy więc nie przywołać też nietuzinkowej postaci Pańskiego teścia, pułkownika dyplomowanego Adama Remigiusza Grocholskiego, wybitnego kawalerzysty, ale też malarza, a w czasie wojny komendanta „Wachlarza” – niezwykle istotnej komórki wywiadowczo-dywersyjnej AK na wschodzie.

Dodam do tego, co pan powiedział, jeszcze jedną istotną funkcję, którą pełnił mój teść: był adiutantem Józefa Piłsudskiego. Związana jest z tym zabawna anegdota, która świadczy o tym, że ówczesnym wojskowym na najwyższym szczeblu dowodzenia nieobce było coś bardzo istotnego dla inteligenta – poczucie humoru. Mianowicie kiedy teść został osobiście przez Piłsudskiego zaproszony do objęcia adiutantury, odpowiedział: „Panie marszałku, ale muszę pana uprzedzić – ja nie jestem piłsudczykiem”. Na to oświadczenie Piłsudski się roześmiał i odpowiedział krótko: „Ja też nie”.

Panie Profesorze, powinniśmy sobie tylko życzyć ludzi z poczuciem humoru, czyli wyobraźnią, u steru rządów...

Pełna zgoda.

Przywiozłem ze sobą książkę traktującą o Pańskiej twórczości, w której zamieszczono też Pańskie zdjęcie w mundurze – pamiątkę z przysposobienia wojskowego na studiach. W swoich książkach niezbyt dobrze – delikatnie mówiąc – wspomina Pan ten przedmiot…

Wspominam go jak najgorzej – jak zdecydowana większość studentów. Proszę mnie źle tutaj nie zrozumieć, nie kwestionuję potrzeby takich zajęć. Zwłaszcza obecnie, gdy niedaleko naszych granic trwa wojna. Ale za moich czasów zajęcia te były po prostu fatalnie prowadzone, bez wyobraźni. I mieliśmy poczucie straconego czasu, a dla młodego człowieka, pełnego aspiracji, nie może być nic gorszego. Po prostu niczego tam żeśmy się nie nauczyli. To, co nam pokazywano i przekazywano, i tak każdy z nas wiedział, często lepiej od prowadzącego zajęcia, np. jak wykopać tzw. wnęk strzelecki.

Jako że ja wtedy byłem studentem fizyki, więc pamiętam, jak żeśmy tych biednych podoficerów dręczyli, używając trudnych słow. Pamiętam, że kopiąc ów wnęk strzelecki, pytaliśmy naszego instruktora, czy aby nie ma on kształtu lemniskaty Bernoulliego… Konia z rzędem temu, kto pamięta ze szkoły, co to jest lemniskata Bernoulliego. To były tego rodzaju dowcipy. Bardzo często też roztrząsaliśmy z podoficerami teorię względności, np. wskazując, że kopiemy transzeję „od tego drzewa do południa”, co nawiasem mówiąc bardzo odpowiadało tejże teorii, gdyż stosowaliśmy dwie miary do jednej odległości [śmiech].

Jednym słowem klasyka studenckich zajęć z przysposobienia wojskowego z okresu słusznie minionego. Jednak wojskowe klimaty trzymały się Pana nadal także na studiach filmowych. Bardzo zaintrygował mnie tytuł jednej z pierwszych Pańskich etiud szkolnych – „Ułan i dziewczyna”. Niestety, nie mogłem jej nigdzie odnaleźć, by ją obejrzeć…

Gdzieś ją mam w swym archiwum, ale bardzo chętnie ją panu opowiem. To były sceny romantycznego pożegnania ułana z dziewczyną. Dziewczynę grała Zofia Merle, już wtedy wybitna aktorka Studenckiego Teatru Satyryków. No Zofia Merle nie mogła swego ułana wypuścić z objęć na wojnę, co chwilę na nowo go ściskała. W końcu rzuciła mu się pod nogi, żeby tylko go zatrzymać.

Pożegnanie dramatycznie się przedłużało, tak że nawet stojący za nimi rumak zaczynał strzyc uszami z niecierpliwością. Ostatecznie żołnierz wpadł na taki koncept, że niepostrzeżenie wysunął nogi ze swych trzymanych przez oblubienicę butów kawaleryjskich i na bosaka wskoczył na siodło i tak – w zdekompletowanym wyposażeniu – wyruszył na wojnę.

Czyli za wszelką cenę spełniał swe kawaleryjskie powołanie…

No tak, lecz z drugiej strony jakże przykro jest zawieść dziewczynę. Dlatego to był dramat.

Fakt, ale Pan bardzo lubi konie.

O tak! Z końmi się wychowałem, a można powiedzieć nawet, że konie mnie wychowały. Naprawdę, kiedy jest się młodym chłopcem, to dzięki koniom można się dużo o życiu dowiedzieć. Podkreślam to ciągle jako jedną z najpiękniejszych metod poznawania świata. Przy zwierzętach dowiadujemy się dużo przede wszystkim o sobie samych.

I to Pan oddał w filmie „Cwał”, w którym stalinowską Polskę oglądamy z perspektywy chłopca i jego ciotki zafascynowanej hippiką.

Ten film jest bardzo autobiograficzny. Właściwie wszystko moje przygody – wyłączając jedynie kilka szczegółów – z upiornych czasów stalinowskich.

A propos „Cwału”, widać w nim też realizacyjną pomoc wojska – chociażby w scenach z czołgami. Za tę pomoc – przy tym i innych filmach – dziękował Pan na łamach „Polski Zbrojnej” w felietonie wymownie zatytułowanym „Constans”. Taki sam tytuł nosi jeden z moich ulubionych Pańskich filmów. Pan pokazał w nim chłopaka, który bierze się za bary z trudną rzeczywistością PRL początku lat osiemdziesiątych po służbie w czerwonych beretach, czyli 6 Dywizji Powietrznodesantowej. Moim zdaniem krytycy zbyt rzadko zwracają uwagę, że nieustępliwość Witka – w tej roli znakomity Tadeusz Bradecki – zdeterminowana jest też przez doświadczenie bycia spadochroniarzem szkolonym w górach.

Tak, zgodzę się z panem, że służba w „komandosach” – jak nazywało się wtedy bycie żołnierzem desantu, była istotnym epizodem dla losów Witka. Zaznaczmy, że nawet wtedy, w czasach PRL, ta jednostka powietrznodesantowa miała najlepszą reputację, także w społeczeństwie – abstrahując od tego, o czym mówiliśmy na początku. 6 Dywizja Powietrznodesantowa faktycznie była jednostką, w której czuło się, że nie jest jedynie przedłużeniem Armii Sowieckiej, jak myślano o wielu innych formacjach ówczesnego Wojska Polskiego. W ten sposób zapamiętałem tę dywizję. Zresztą poznałem całkiem dobrze kilku jej oficerów na planie „Constansu”. Znajomość z nimi utwierdziła mnie w przekonaniu, że ta dobra reputacja jest w pełni zasłużona. Poziom tych ludzi był powyżej przeciętnej tamtego wojska – tak to ujmę.

Niezgoda Witka na normy, a raczej ich brak, po wyjściu z wojska brała się właśnie z tegoż doświadczenia służby w elitarnej jednostce. On nauczył się podczas skoków ze spadochronem czy treningu wspinaczki górskiej, że nie można oszukiwać ani siebie, ani kolegi, którego się ubezpiecza czy razem z nim walczy po desancie z samolotu. Poznanie własnych możliwości było dla bohatera doświadczeniem oczyszczającym i dającym wiarę we własne siły.

Przyznam się, Panie Profesorze, że jedna scena w „Constansie” – mówiąc kolokwialnie – mi nie leżała. Mianowicie pobicie Witka przez kolegów w hotelowym pokoju…

Ona wynikała z tego, że Witek był przeszkodą w nieetycznych planach tychże kolegów, co w PRL było normą.

To prawda, ale mnie chodzi o to, że koledzy dwa razy by się zastanowili, czy warto podnosić rękę na czerwony beret i chyba wymyśliliby inny plan zemsty [śmiech].

Być może ma pan rację, ale proszę pamiętać, że Witek był skryty i po prostu nie chwalił się swą służbą, a z wyglądu był dość mikry – są i tacy komandosi.

Wbrew pozorom tak wygląda większość komandosów czy spadochroniarzy. I biada tym, którzy się na ten wygląd w walce nabierają.

Często – inaczej niż się wydaje – niepozorność jest atutem i dzięki temu wiele można dokonać, czego niejednokrotnie historia nas uczy.

Właśnie, historia… Pan powszechnie nie jest kojarzony z kinem historycznym. Ale kiedy się prześledzi Pańską bogatą filmografię – można uznać to za błąd.

Bardzo żałuję kilku niezrealizowanych scenariuszy, dzięki którym byłbym bardziej kojarzony z tym gatunkiem filmowym. No cóż, przede wszystkim należy powiedzieć, że realizacja filmów historycznych jest droga, a cokolwiek by mówić, czynnik ekonomiczny przy takich projektach jest bardzo istotny. Kilka filmów kostiumowych udało mi się zrealizować, część zresztą za granicą. Więcej jednak pozostało w sferze marzeń i projektów. Ale bardzo się cieszę, że udało mi się nakręcić film o Napoleonie i pani Walewskiej.

„Eter”. Rys. Piotr Korczyński

Ja bardzo żałuję, że wśród zrealizowanych filmów nie znalazł się ten o nieszczęsnym cesarzu Meksyku Maksymilianie I. Ta postać pojawia się chociażby – jako mechaniczna marionetka – w „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Hasa. Także w kilku amerykańskich westernach rozgrywających się na pograniczu amerykańsko-meksykańskim lub w samym Meksyku, a u Maksymiliana jako Habsburga służyło w Meksyku wielu Polaków, m.in. byli powstańcy styczniowi.

To był jeden z moich najambitniejszych projektów, a miałem też w planach m.in. sfilmować historię królowej szwedzkiej Krystyny, upadku joannitów na wyspie Rodos – naprawdę niewiele tu brakowało do rozpoczęcia zdjęć. Miałem jeszcze w planie film o naszej królowej Jadwidze. I również nic z tego nie wyszło, nad czym bardzo ubolewam, bo ta wspaniała władczyni – a de facto władca, bo Jadwiga miała przypisany tytuł króla – warta jest filmowego fresku.

Wielka szkoda, ale przejdźmy do filmów, które na szczęście dla nas, widzów, udało się Panu zrealizować. Dla mnie jako historyka szczególnie ważnym obrazem jest „Rok spokojnego słońca” opowiadający o czasach „wielkiej trwogi” – nawiązując do głośnej książki profesora Marcina Zaremby – czyli powojnia, kiedy to Polacy musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości sowieckiego dyktatu. Dla mnie ten film ma wiele z ducha… westernu!

Nie wiem, czy koniecznie, ale nie mam nic przeciwko takiemu stwierdzeniu.

Jest w nim duch „Dyliżansu” Johna Forda – i nawet ten jest wspomniany przez matkę bohaterki, wszak swą premierę miał w 1939 roku. No i zakończenie filmu rozgrywa się w plenerach, w których „Dyliżans” kręcono.

To prawda – realizowaliśmy te ujęcia w autentycznych plenerach amerykańskich.

Pojdę dalej w tych westernowych tropach. Bo Pan, podobnie jak robił to chociażby Sergio Leone, w jednej scenie „Roku spokojnego słońca” w epizodycznych rolach bandytów napadających na mieszkanie głównych bohaterek umieścił znakomitych aktorów – Janusza Gajosa, Marka Kondrata i Marcina Trońskiego.

Wie pan, z czego się to wzięło? W czasie stanu wojennego środowisko aktorskie było mocno podzielone – część bojkotowała ówczesne media, część z nimi kolaborowała, więc ja w tym filmie do ról podłych ludzi chciałem zaangażować owych „kolaborantów”. Tymczasem moi przyzwoici aktorzy zakrzyczeli mnie: „Mowy nie ma! My musimy mieć satysfakcję zagrać tych drani, a komuniści będą zmuszeni ich wybielać. I rzeczywiście wszyscy ci wyśmienici aktorzy wystąpili w naprawdę paskudnych rolach. Zresztą świetnie ubeka zagrał tu Zbigniew Zapasiewicz.

W tym filmie Pan jako jeden z pierwszych zasugerował Zbrodnię Katyńską – sceny ekshumacji amerykańskich żołnierzy zamordowanych przez Niemców jako żywo kojarzą się z archiwaliami ekshumacji polskich oficerów zamordowanych w Lesie Katyńskim.

O to władze miały do mnie ogromne pretensje, lecz będąc pod ciosami ich argumentacji, użyłem ich własnej broni, pytając: „A dlaczego panom to tak bardzo kojarzy się z Katyniem? Przecież w filmie nie ma co do tego wskazówek. To jest wasza nadinterpretacja”. Po prostu na złodzieju czapka goreć.

Podtrzymując kłamstwo katyńskie, jednocześnie byli świadomi prawdy, a ja zupełnie świadomie – jak pan zauważył – inscenizowałem kadry ekshumacji, wzorując się na niemieckich kronikach zrealizowanych w Katyniu wiosną 1943 roku. Miałem przy tym pewność, że mi tych scen cenzura nie wytnie, bo negatywy filmu były za granicą. Zresztą nawet jeśli usunęliby je w Polsce, i tak pełną wersję puściłbym na świecie.

To tylko jeden z przykładów, jak trudnym był Pan przeciwnikiem dla ówczesnej władzy. Ale przypomnijmy jeszcze, że Pan o mało nie wywołał III wojny światowej, kręcąc w Krakowie „Z dalekiego kraju” – film o Janie Pawle II.

To były czasy tzw. karnawału Solidarności. A ja na ten film miałem ogromny budżet, bo weń zainwestowane były wielkie międzynarodowe pieniądze. Paradoksalnie trudno je było wydać, bo wtedy w Polsce wszystkiego brakowało. Pieniądze były najłatwiejsze do zdobycia. To, o czym pan wspomina, to była scena tzw. wyzwolenia Krakowa przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 roku. Zależało mi na tym, żeby pokazać – jak to było w piosence – że jak weszli, to już nie wyszli.

Tak więc miałem do dyspozycji spory oddział statystów odgrywających sołdatów i jeńców niemieckich oraz siedem czołgów. Notabene zaangażowani na planie statyści żołnierze chętniej chcieli grać Niemców niż Sowiętom, czyli nosić mundury Wehrmachtu niż „bratniej” Armii Czerwonej. Powód tego był bardzo prosty, wynikający bardziej z pragmatyki niż patriotyzmu. Kiedy szli na stronę, czyli najczęściej do jednej z okolicznych bram, „Sowieci” od stróżów dostawali miotłą po głowie, a „Niemcy” co najwyżej byli ochrzaniani…

Oczywiście w obrębie planu, czyli wokół Rynku, wszystkie ulice były zablokowane przez milicję. A dodatkowo zamknięto też okoliczne sklepy, w których i tak nie było za wiele towarów, więc dla potencjalnych klientów nie stanowiło to zbytniego problemu. Na planie zebrały się ogromne tłumy ciekawskich. Nikt jednak z nich nie wiedział, że kręcimy film o papieżu, gdyż tematyka filmu była ścisłą tajemnicą. Na ekranie ta trudna scena miała trwać co najwyżej kilka minut, a jej przygotowanie ciągnęło się wiele godzin.

Szczególnie zależało mi, by wyszła perfekcyjnie, gdyż obserwowana była przez moich angielskich i włoskich koproducentów, którzy specjalnie zjechali do Krakowa, by zobaczyć postęp prac nad filmem, w który zainwestowali. Rozległ się klaps i ruszyła kolumna siedmiu czołgów, a za nią niemieccy jeńcy prowadzeni przez czerwonoarmistów i dalsze sowieckie oddziały. Ja siedziałem razem z operatorem, Sławomirem Idziakiem, na kranie [wysięgniku]; kręciliśmy z góry. I nagle widzę, że slalomem wjeżdża na plan radiowóz milicyjny.

Kiedy się zatrzymał, milicjant zawołał przez megafon: „Reżyser, do telefonu!”. To nie był oczywiście telefon komórkowy, tylko specjalny milicyjny telefon w walizce. Zachodziłem w głowę, o co chodzi. Przygotowywałem w myślach warianty awaryjne na wypadek przerwania z jakiegoś powodu dalszych zdjęć. Podnoszę słuchawkę telefonu-walizki i ku mojemu zdumieniu słyszę język angielski. Rozmówca przedstawia się, o ile dobrze pamiętam, jako drugi sekretarz ambasady amerykańskiej i pyta mnie... jak ja się mam. Wyczuł szybko, że w czymś mi przeszkodził, i zapytał o to. A ja mu odpowiadam: „Nawet pan sobie nie wyobraża, jak mi w tym momencie przeszkadza. Dlaczego pan, Amerykanin, dzwoni do mnie z ambasady milicyjną linią, co to w ogóle ma znaczyć...?”.

Amerykanin zaczął mi się tłumaczyć: „Wie pan, nasz satelita szpiegowski wykrył, że w Krakowie jest ogromne zgromadzenie ludzi na Rynku i siedem sowieckich czołgów. W związku z tym oficjalnie zwróciliśmy się do waszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. A oni nam odpowiedzieli, że pan kręci film. A my odpowiadamy, żeśmy nic o tym filmie nie słyszeli. Na to dictum pozwolili nam z panem się połączyć milicyjną linią”.

Po wyjaśnieniu sprawy dokończyłem kręcenie scen wkroczenia Sowiętom do Krakowa. Jedyna konsekwencja interwencji amerykańskiej była taka, że kazano mi czym prędzej zamalować czerwone gwiazdy na czołgach, żeby nie było materiałów zdjęciowych, które mogłyby sugerować, że w 1980 nastąpiła sowiecka interwencja w Polsce. Kiedy wspominam to zdarzenie, zawsze podkreślam, że jest to przykład przecięcia się fikcji z historią.

Jednym słowem wystraszył Pan Krakowian, że może być gorzej niż w styczniu 1945 roku…

Tak, ale mieliśmy znacznie większy problem z inną sceną, której nie mogliśmy nakręcić, a mimo to i tak ją zrealizowaliśmy. Chodziło o zamieszki podczas obchodów trzeciomajowych w 1948 roku, w których Karol Wojtyła prawdopodobnie brał udział i prawdopodobnie spędził jedną noc w areszcie. Pytany o to, otwarcie odparł, że nie odpowie na to pytanie, co wskazuje na to, że coś było na rzeczy.

Papież jednak bardzo nie chciał podkreślać swojej roli jako ofiary komunistycznych represji, bo według niego inni ponosili znacznie większe ofiary. Natomiast udało nam się tę scenę nakręcić bez pozwolenia za pomocą ukrytej kamery. Zgromadziliśmy studentów i z przeciwnej strony wypuściliśmy na nich czołg – studenci uciekali przed czołgiem, a my to mamy jako scenę z filmu.

W kontekście kina historycznego chciałbym zapytać o jedno z Pańskich ostatnich dzieł, mianowicie o „Eter”, w którym faustowską opowieść przeniósł Pan do wojskowej twierdzy. Do garnizonu c.k. armii graniczącego z Imperium Rosyjskim wprowadził Pan nie tylko Fausta – doktora granego przez Jacka Poniedziałka, ale i upostaciowanego diabła. Mnie osobiście podobał się ten zabieg. Tyle tylko że zmylił mnie Pan, bo długo myślałem, że diabeł to komendant twierdzy kreowany przez Andrzeja Chyrę, a tu okazało się, że to ktoś na modłę agenta ochrany…

Powiedzmy – człowiek w cylindrze. To klasyczna figura faustowska – Mefisto. I do tej ikonografi i świadomie się odwołałem. Natomiast postać grana przez Andrzeja Chyrę to już człowiek zwerbowany przez diabła, czyli ten, którego boimy się najbardziej – asystent diabła.

Panu się za wprowadzenie – nazwijmy to – dosłownej figury diabła dostało od krytyków i recenzentów filmowych…

Tak, ale to przejaw kwestii światopoglądowych, dziś dość modnych. Nawet wśród chrześcijan bardzo silna jest tendencja mówienia, że piekło jest puste, że szatan nie istnieje. A jednocześnie to zło, które nas otacza, jest tak przejmujące, że wydaje mi się, iż trzeba wielkiego tupetu, żeby zaprzeczyć istnieniu zła, które ma pewną siłę sprawczą. Parę dni temu byłem w Hiszpanii z tym właśnie filmem i w dyskusji z publicznością padło bardzo podobne do pańskiego pytanie – czy naprawdę można sprzedać duszę diabłu i czy diabeł nie przestał kupować naszych dusz, bo tak łatwo może mieć nas za darmo? Tak przedstawiali mi sprawę Hiszpanie ze swojej perspektywy. Oczywiście, to wszystko jest metaforą, bo mówimy o pewnych figurach literackich.

Jeśli mówimy o figurach literackich, to – wciąż myślę o „Eterze” – zapytam Pana o Dostojewskiego. Zaintrygowało mnie, że w wywiadzie z Jackiem Moskwą wyznał Pan, o ile dobrze pamiętam, że niezbyt lubi tego wielkiego pisarza.

Stwierdzenie, że „nie lubię”, byłoby z mojej strony bezczelne. To był geniusz, ale jedno przyznaję – Dostojewski nie jest mi bliski. To znaczy oglądając świat, który on przedstawia, budzi się we mnie sprzeciw, jakbym za każdym razem pragnął, żeby jego bohaterowie postąpili inaczej. Na przykład los tytułowego „idioty” – księcia Myszkina – według mnie nie musi być tak beznadziejny.

Dostojewski reprezentuje inny światopogląd – bizantyjskie chrześcijaństwo, w którym ideał jest tak wysoko, że nie ma szans, by do niego sięgnąć. W tym świecie dobro jest prawie niemożliwe. Dla mnie osobiście to szalenie pesymistyczna perspektywa. To jest jednak moje spojrzenie, powtórzę – w Dostojewskim widzę geniusza, lecz nie jest to geniusz mi bliski.

Nawiązując więc do tego, co Pan stwierdził o zbyt dalekim ideale dobra na moskiewskim niebie, co Pan – jako człowiek znający Rosję – myśli o tym, co tam teraz się dzieje i o tej zbrodniczej wojnie, którą ona prowadzi z Ukrainą?

Myślę, że coś złego się stało dla samej Rosji. Nie jestem może rusofilem, ale uważam, że mimo wszystko Rosja jest Europie potrzebna, że w bilansie sił czyni równowagę. I w momencie, kiedy to wielkie państwo na własne życzenie, albo mówiąc inaczej – z nakazu Putina – osuwa się w przepaść, musimy być przygotowani, że konsekwencje tej katastrofy dotkną także nas. Czego wymownym i tragicznym przykładem był bolszewizm.

Proszę zwrócić uwagę na Syberię, właściwie niezauważalnie staje się ona chińska. Mimo wszystko życzyłbym Rosji, żeby się nie zapadała, bo jej potencjał i tradycje – nie tylko kulturowe – są ogromne. Ale ten potencjał może się realizować tylko w warunkach zdrowszego społeczeństwa i rozwoju gospodarczego. A tymczasem to całe dziedzictwo jest niszczone.

Moim zdaniem agresja rosyjska na Ukrainę to ostatnia wojna kolonialna, bo to jest batalia o utrzymanie „prowincji” będącej od wielu lat suwerennym państwem, które ze zrozumiałych względów nie chce być częścią imperium.

A co Pan myśli o postawie inteligencji rosyjskiej, chociażby Nikity Michałkowa, który stał się bezdyskusyjnym poplecznikiem i chwalcą Putina?

Jego korzenie go nie usprawiedliwiają, ale dużo wyjaśniają. Mianowicie on pochodzi z rodziny bojarskiej, a my zapominamy o tym, w jakim stopniu arystokracja rosyjska była pod butem cara – dosłownie pod butem. Jeżeli Piotr I mógł przemocą golić brody bojarom, to ówczesny król Francji nie mógł tego czynić. W Rosji natomiast przy carskiej klamce czuwał zawsze usłużny arystokrata i tę rolę na nowo odkrył w sobie Michałkow i jemu podobni.

Zapytam Pana wprost: ratunkiem dla Rosji jest przegranie wojny z Ukrainą?

Z pewnością jej zaniechanie jako wojny niepotrzebnej i rozpoczęcie odbudowywania własnej tożsamości, którą Rosja zatraciła obecnie.

Czyli do Rosji wróciły czasy sowieckie.

W dużym stopniu tak. To jest westchnienie rosyjskiej duszy do czegoś bardzo złego. Tego westchnienia wyzbyli się Niemcy, którzy do nazizmu nie wzdychają. W Rosji natomiast nostalgia za komunizmem i komunistycznym imperium, jak widzimy, jest bardzo mocna. Powtórzę – to jest niebezpieczne zarówno dla samej Rosji, jak i jej sąsiadów.

Mam cały czas w głowie ostatnią scenę z „Eteru”: spojrzenie doktora przejmująco granego przez Jacka Poniedziałka, prowadzonego przez diabła na drugą stronę – do piekła. I mam wrażenie, że teraz tak wszyscy patrzymy w przyszłość…

Wszyscy ze strachem patrzymy w przyszłość, bo nie jest nam ona niczym gwarantowana, nawet przyszłość gatunku ludzkiego nie jest pewna. Kiedyś go nie było i znowu może go nie być. I powinniśmy być świadomi tego, że wszelkie przejawy tzw. dekadencji to jest zapowiedź śmierci. Wydaje mi się, że nie możemy sobie dziś pozwolić na utratę wartości, utratę wiary i naszej misji. Cywilizacja pociągnęła przecież ludzkość szalenie daleko i szybko, aż sami nie możemy sobie teraz z tym poradzić.

Pytanie, czy w takim wypadku nie postąpić jak bohater jednego z pierwszych Pańskich filmów – „Struktury kryształu”?

I to jest bardzo dobre pytanie.

 



Prof. Krzysztof Zanussi – urodzony 17 czerwca 1939 roku w Warszawie; jeden z najwybitniejszych reżyserów polskiego kina, także reżyser teatralny, scenarzysta, producent filmowy, profesor sztuk filmowych, autor książek i publicysta. Komandor Orderu Odrodzenia Polski. Uważany przede wszystkim za przedstawiciela dwóch nurtów polskiej kinematografii: kina Młodej Kultury i kina moralnego niepokoju. Od 1980 roku był kierownikiem artystycznym zespołu, a następnie dyrektorem Studia Filmowego „TOR”. W latach 1971–1983 wiceprezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, a w okresie 1975–1977 przewodniczący Rady Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Od 1987 członek Komitetu Kinematografii.

Piotr Korczyński

autor zdjęć: rys. Piotr Korczyński, archiwum Krzysztofa Zanussiego, domena publiczna

dodaj komentarz

komentarze


Najważniejszy temat dla Polski: bezpieczeństwo
Całkiem nowe otwarcie
Ujarzmić wzburzony tłum
Medale żołnierzy w strzelectwie, judo i taekwondo
Cyfrowy strażnik
Morscy lotnicy w akcji
Stulecie lotu Warszawa – Tokio
Amerykanie drugi raz wychodzą z Iraku
Drużyna Invictusa na starcie
Taktyczny robot miotany od PIAP-u
Wojna na satelitarnym łączu
Mural na 65-lecie komandosów
Cios w plecy
Jak Polska wykorzystuje unijne pożyczki
Ratunek pod ogniem
Dwie dekady na polskim niebie
Jak wspierać żołnierzy w kryzysie?
Gorący lipiec PKW Łotwa
MSPO 2026 – serwis specjalny „Polski Zbrojnej”
Jeden cywil w gronie żołnierzy na podium
Flanka pod strażą
Co warto wiedzieć o opiniowaniu?
Współdziałanie dla bezpieczeństwa
Abordaż z polskim wsparciem
Zbrojna prowokacja na granicy Łotwy
Rowerowe upamiętnienie poległych
Uratowali życie koledze z NATO
„Blue Eye ‘26”, czyli: po pierwsze drony!
MON proponuje zmiany przepisów ubiorczych
Projekt KCD MED TAC dla cywilnych medyków
Bombowiec na dnie Bałtyku
Bezzałogowiec z Karwi – zestrzelony w czasie testów
„Huragan” coraz bliżej
„Agat. Siła i ogień”. Album już w sprzedaży
Technologie SECO/WARWICK wzmacniają przemysł obronny
Eksperci o Rosji, NATO i broni jądrowej
„Horyzont” przedłużony
W cieniu wojny
Więcej zawodowców, ćwiczenia bez zmian
Musimy powstrzymać agresora
Zacięta rywalizacja o prymat w crossie
Bataliony Chłopskie – bojowe szeregi polskiej wsi
Będzie więcej polskiej amunicji 155 mm
Litwini ćwiczą masową ewakuację obywateli
Nowy blok operacyjny w szpitalu w Tarnowie
„Zdrzałka” na pustyni
Zmiany na granicy. Mniej żołnierzy, więcej bezzałogowców
Wojna o dane
Sojusz ćwiczy operacje jądrowe
Wsparcie z morza
Cywilne drony na służbie
Siła integracji
Syreny wyją. Co robić?
Wirtualna wojna na AWL-u
Prawie 200 mld zł na zbrojenia w projekcie budżetu
Lotnicze „drzwi” transportowe
Constans historii
Ukraina kontra odrzutowe drony
Żołnierz przed strażakiem i policjantem w Biegu o Nóż Komandosa
Rusza mały przegląd strategiczny
Trwa zwycięska seria st. szer. Katarzyny Wasick
Działajmy razem!
MON zmienia system gotowości obronnej
Namierzyć i wskazać cel
Pentagon o stałej bazie US Army w Polsce
Wojsko zobaczy więcej
Co z wysługą po powrocie do wojska?
Podróż pamięci
„Czterej pancerni i pies” w Żaganiu
Byliśmy i jesteśmy żołnierzami

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO