Stale pracujemy nad tym, aby móc błyskawicznie, z chirurgiczną precyzją eliminować najważniejsze cele w głębi operacyjnej wroga. I mamy sukcesy – mówi gen. bryg. Andrzej Kupis, szef Zarządu Wojsk Rakietowych i Artylerii Inspektoratu Wojsk Lądowych. Generał wyjaśnia, jakie znaczenie ma osiągnięcie przez polskich artylerzystów zdolności do rażenia celów na bardzo duże odległości.
Panie generale, podczas niedawnych ćwiczeń „Baltic Shield” przeprowadzonych z Duńczykami polski zestaw Homar-K oddał strzał na ponad 79 km. Czy to rekordowo dalekie trafienie zapisze się w historii polskiej artylerii?
Zdecydowanie tak. To nie tylko rekordowa donośność, lecz przede wszystkim dowód na osiągnięcie przez naszą artylerię rakietową zupełnie nowej dojrzałości operacyjnej. Strzał na odległość ponad 79 km, zakończony bezpośrednim trafieniem w cel, zrobił na wszystkich kolosalne wrażenie. Dla mnie jednak, z perspektywy dowodzenia i zastosowania bojowego, najważniejsze jest tło tego przedsięwzięcia – mianowicie wzorowa współpraca polsko-duńska. Realizacja takiego zadania ogniowego wymagała absolutnej synchronizacji z naszymi sojusznikami z Danii: począwszy od wspólnego planowania i zabezpieczenia przestrzeni, po niezwykle wymagającą koordynację działań i wymianę danych rozpoznawczych.
Te ćwiczenia udowadniają, że potrafimy realizować tak wymagające przedsięwzięcia nie tylko we własnym gronie, lecz także w pełni zintegrowanym środowisku sojuszniczym.
Co realnie oznaczają takie wyniki strzelań, czego dowodzą, jeśli chodzi o zdolności, możliwości i modernizację techniczną wojska?
Te wyniki to absolutny i twardy dowód na to, że modernizacja sił zbrojnych to wielowymiarowy, ciągły proces, który z sukcesem, krok po kroku, realizujemy. Nie należy postrzegać rozwoju wojska wyłącznie przez pryzmat jednorazowego zakupu nowoczesnych wyrzutni. Konsekwentnie budujemy całe spektrum nowych zdolności: od dostosowywania doktryn, przez rozwój infrastruktury i nieustanne szkolenie kadr, aż po wdrażanie docelowego sprzętu.
Realnie oznacza to, że polskie wojska rakietowe i artyleria są w trakcie zaawansowanego procesu przemian, których celem jest możliwość prowadzenia operacji wielodomenowych (Multi-Domain Operations). Każde z takich ćwiczeń to kolejny etap w podnoszeniu naszej dojrzałości technologicznej. Nie mówimy tu o zamkniętym rozdziale, ale o ciągłym, dynamicznym rozwoju WRiA. Z punktu widzenia dowodzenia i działań operacyjnych kluczowe jest dla nas radykalne skrócenie czasu realizacji zadań. Właśnie nad tym nieustannie pracujemy – nad przyspieszeniem całego cyklu decyzyjnego i wykonawczego, aby móc błyskawicznie, z chirurgiczną precyzją eliminować najważniejsze cele w głębi operacyjnej wroga.
Dlaczego zależało polskiej artylerii na ćwiczeniach z Duńczykami? Czy w Polsce nie mamy gdzie szlifować umiejętności strzelania na tak duże odległości?
Nie ma co ukrywać – fizyka i geografia narzucają swoje ograniczenia. Systemy rakietowe o tak potężnych możliwościach i zasięgach wymagają ogromnych stref bezpieczeństwa. Krajowe poligony, z racji chociażby gęstości zaludnienia w Polsce, siłą rzeczy nie dają nam pełnej przestrzeni do testowania maksymalnych parametrów tego uzbrojenia. I to jest naturalny etap rozwoju nowoczesnej armii. Korzystamy więc z infrastruktury naszych sojuszników, w tym przypadku współpracując bardzo blisko z siłami zbrojnymi Danii. Chcę jednak wyraźnie podkreślić: poszukiwanie odpowiedniej przestrzeni do strzelania to tylko jeden, wcale nie najważniejszy powód.
Prawdziwą wartością takich ćwiczeń jest budowa interoperacyjności. Ćwicząc ramię w ramię z Duńczykami mamy wyjątkową okazję testować w warunkach poligonowych koalicyjną wymianę informacji. Weryfikujemy w praktyce działanie protokołów wymiany danych (np. ASCA) w połączonym, wielonarodowym środowisku. Uczymy się realizować zadania ogniowe w sytuacji, w której sensor wykrywający cel może należeć do sojusznika z Danii, a efektor realizujący uderzenie jest polski. To właśnie ta integracja buduje realną, połączoną siłę Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Jak armia duńska ocenia nasze wojska rakietowe i artylerię? Czy rzeczywiście jesteśmy w tym zakresie aż tak silni? Podobnie jak część specjalistów uważam, że mamy najsilniejszą artylerię na Starym Kontynencie.
To niezwykle budująca opinia, z którą trudno polemizować, patrząc na bezprecedensową skalę naszej modernizacji. Jednak z punktu widzenia wojskowego rzemiosła, zawsze staram się tonować ten czysto ilościowy entuzjazm. Nasi sojusznicy – na przykład Duńczycy – nie oceniają nas wyłącznie przez pryzmat tabel sprzętowych i zapowiedzi dotyczących zakupów. Oceniają nas na podstawie realnych zdolności operacyjnych. Oczywiście, pod względem liczby nowoczesnych luf i wyrzutni bezdyskusyjnie stajemy się potęgą w skali europejskiej.
Ale dla dowódców NATO nasza prawdziwa siła tkwi gdzie indziej. Największy szacunek budzi to, jak sprawnie adaptujemy nowe technologie oraz wysoki, poziom, jaki prezentują nasze kadry dowódcze i obsługi. Dla armii sojuszniczych jesteśmy dziś partnerem, który nie tylko posiada potężny arsenał, ale potrafi go mądrze i precyzyjnie użyć w połączonym środowisku walki. Mamy pełną świadomość swojego potencjału, ale wiemy też, że o naszej rzeczywistej sile decyduje gotowość do bezbłędnego wykonania zadania, a nie tylko tytuły w prasie.
autor zdjęć: NATO Allied Joint Force Command Norfolk - JFCNF

komentarze