Jeden okręt przemalowany na biało, drugi naprędce dozbrojony, trzeci wysłany w rejs niemalże wprost ze stoczni – dwie misje w Zatoce Perskiej były dla polskiej marynarki wojennej niczym stąpanie po kruchym lodzie. Jednak nasza marynarka – mimo wielu niewiadomych – zdołała udowodnić swoją wartość. A tym samym potwierdzić, że miejsce Polski jest w NATO.
ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”. Fot. Archiwum WIW/Marian Kluczyński
Był schyłek lata 1990 roku. ORP „Wodnik” właśnie zameldował się w Gdyni po rejsie szkoleniowym z podchorążymi Akademii Marynarki Wojennej. Ówczesny dowódca okrętu, komandor Zdzisław Żmuda, wspominał po latach: – Chodziliśmy po Morzu Śródziemnym i Czarnym. Dotarliśmy aż do gruzińskiego Poti. A tu ledwie zdążyliśmy ochłonąć, przyszła do nas informacja: ruszacie na Zatokę Perską. Inaczej mówiąc – na wojnę. Przyznam, że nogi się pode mną ugięły.
Polska, która formalnie jeszcze pozostawała członkiem Układu Warszawskiego, zdążyła dokonać politycznego zwrotu. Chciała integracji z Zachodem, nowych sojuszy i gwarancji bezpieczeństwa. Krokiem milowym na tej drodze miało się stać wsparcie udzielone Amerykanom w batalii przeciwko Irakowi. Jak się szybko okazało, wsparcie nie tylko symboliczne…
„Wodnik” na biało
Saddam Husajn miał problem. Długotrwała wojna z Iranem nie przyniosła dyktatorowi politycznych korzyści, a w dodatku spustoszyła iracką gospodarkę. Kraj potrzebował nowego otwarcia, impulsu, który pozwoli mu podźwignąć się z marazmu. Dlatego Husajn myślał już o kolejnej wojnie – krótkiej, taniej i mało ryzykownej. Na celownik wziął Kuwejt, państwo z niewielką armią, za to bajecznie zasobne w ropę naftową.
2 sierpnia 1990 roku iracka armia ruszyła do ataku i w krótkim czasie opanowała terytorium sąsiada. Husajn zainstalował w Kuwejcie marionetkowy rząd, a wkrótce potem włączył podbity kraj w granice Iraku. Liczył, że świat zajęty innymi sprawami – powolnym rozpadem sowieckiego imperium i geopolityczną rewolucją w Europie – przymknie oko na jego awanturnicze zapędy. Niebawem jednak stało się jasne, że przeszarżował.
Już kilka dni po inwazji Rada Bezpieczeństwa ONZ nałożyła na Irak pierwsze sankcje i wezwała go do wycofania wojsk z Kuwejtu. A kiedy Husajn w odpowiedzi zaczął przerzucać tam kolejne oddziały, zaniepokoiła się Arabia Saudyjska. Największy w regionie sojusznik USA uznał, że stanowi to żywotne zagrożenie dla jego suwerenności. Amerykanie nie mogli pozostać obojętni – zbrojna konfrontacja z Irakiem była już tylko kwestią czasu.
W oparciu o mandat ONZ Stany Zjednoczone zaczęły budować międzynarodową koalicję, która miała osłonić Arabię Saudyjską i przygotować się do uderzenia na Irak. Wśród przeszło 30 państw, które do niej dołączyły, znalazła się Polska. Kontyngent wydzielony z myślą o misji składał się ze 100-osobowej grupy medycznej oraz dwóch okrętów – ORP „Wodnik” i ORP „Piast”. Pierwszy z nich miał pełnić funkcję jednostki szpitalno-ewakuacyjnej, drugi – zapewniać mu osłonę.
Zanim jednak okręty wyruszyły na Bliski Wschód, trafiły do Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie przeszły niezbędną adaptację. „Wodnik” zmienił się radykalnie. Stoczniowcy zdemontowali jego uzbrojenie, kadłub przemalowali na biało i ozdobili widocznymi z daleka znakami Czerwonego Krzyża. Na rufie urządzili lądowisko dla helikoptera, natomiast we wnętrzu przygotowali salę operacyjną i pomieszczenia dla rannych żołnierzy.
Okręt został wyposażony w nową radiostację R-654 wraz z odbiornikiem, a także satelitarny system Navstar 2000 do określania pozycji na morzu. Wszystko to miało ułatwić komunikację z jednostkami państw zachodnich. Podobny zestaw otrzymał „Piast”. Okręt zyskał też uzbrojenie przeciwlotnicze i choć w jego przypadku kolor kadłuba się nie zmienił, pojawiły się na nim pomarańczowe krzyże maltańskie – oznaczenie jednostek ratowniczych.
Jednocześnie trwało kompletowanie załóg. – Udział w misji nie był obowiązkowy. Kto nie chciał iść na Zatokę Perską, mógł zostać w domu. Skład załogi uzupełnialiśmy marynarzami z bliźniaczej jednostki ORP „Gryf” – wspominał komandor Żmuda, który na potrzeby misji objął dowodzenie nad zespołem okrętów. Ostatecznie, jak wyliczył Grzegorz Ciechanowski badający udział Polaków w operacji „Pustynna burza”, na „Wodniku” zaokrętowanych zostało 73 członków załogi i 14-osobowy zespół medyczny, a na „Piaście” – 67 marynarzy, wśród których znalazło się 12 ratowników technicznych. W razie potrzeby mieli się oni zająć gaszeniem pożarów, usuwaniem skażeń promieniotwórczych oraz pracami podwodnymi do głębokości 100 m. 29 grudnia 1990 roku okręty opuściły Gdynię i obrały kurs na Półwysep Arabski.
Dzień, w którym zapłonęło morze
Trasa wiodła przez Morze Północne, Atlantyk, Morze Śródziemne i dalej Kanał Sueski oraz Morze Czerwone. Początkowo okrętom towarzyszył sztorm, co o tej porze roku na północy Europy dziwić raczej nie powinno. Większe zaskoczenie spotkało marynarzy, gdy kilkanaście dni później dotarli wreszcie w okolice saudyjskiego portu Al-Dżubajl. – Kiedy się do niego zbliżyliśmy, Arabowie nakazali nam opuszczenie swoich wód terytorialnych. Nie bardzo wiedzieli, kim właściwie jesteśmy i po co się tam zjawiliśmy. Panowało niemałe zamieszanie – relacjonował komandor Żmuda. Ostatecznie nieporozumienie szybko udało się wyjaśnić i Polacy mogli przybić do nabrzeża.
Wówczas od kilku dni trwała już regularna wojna. Siły sprzymierzone działania rozpoczęły od nalotów na kluczowe pozycje irackiej armii. Marynarze zgodnie przyznawali, że informacje o rozpoczęciu działań zbrojnych wywarły na nich niemałe wrażenie. – Rozdano nam „śmiertelne blachy”, znaki tożsamości i zrobiło się nieprzyjemnie. Niektórzy zabrali się za spisywanie ostatniej woli. Jeśli ktoś powie, że się nie bał, nie uwierzę – wspominał na łamach „Żołnierza Polskiego” bosman Wojciech Hemerling. I choć wojna toczyła się głównie na lądzie, do polskich załóg szybko dotarły jej nieodległe echa.
Okręty regularnie wychodziły w morze, by patrolować Zatokę Perską. Rejsy prowadzone były w trudnych warunkach. Marynarzom dokuczał upał, ale to nie on okazał się najgorszy. Na rozkaz Husajna irackie wojsko spuściło do morza ropę z należących do Kuwejtu rurociągów. Gdzieniegdzie została ona podpalona. Płonęły też kuwejckie szyby naftowe. – Był taki dzień, że przez grube kłęby dymu nie mogliśmy z pokładu dojrzeć słońca. Z trudem oddychaliśmy – przyznawał komandor Kazimierz Pulkowski, który kilka lat temu odszedł do cywila ze stanowiska szefa szkolenia 3 Flotylli Okrętów, a podczas irackiej misji pełnił funkcję dowódcy działu łączności i obserwacji technicznej na ORP „Wodnik”.
Unoszące się na wodzie plamy ropy stanowiły poważne zagrożenie dla samego okrętu, którego silniki były przecież chłodzone morską wodą. Do tego załogi przez cały czas musiały uważać na rozstawione przez Irakijczyków miny. Na jedną z nich natknęli się marynarze z „Piasta”. Znalezisko szczęśliwie udało się unieszkodliwić. Niespokojnie było też w saudyjskim Al-Dżubajl. Port został zamieniony w wielki magazyn amunicji i środków opatrunkowych, a cumujących tam okrętów było tak wiele, że część musiała stać burta w burtę.
Właśnie dlatego wojska Husajna starały się ostrzeliwać go rakietami Scud. Z danych, które przytacza Ciechanowski, wynika, że podczas stacjonowania tam polskich okrętów alarmy przeciwlotnicze ogłaszane były aż 11 razy. Do najpoważniejszego incydentu doszło 16 lutego w nocy, kiedy to jeden z pocisków zdołał umknąć operatorom amerykańskich systemów i doleciał do portowych zabudowań. Ostatecznie spadł do wody, w odległości około 100 m od polskich okrętów. Na szczęście z bliżej nieznanych przyczyn nie eksplodował.
Wojna była krótka. Po fali nalotów sprzymierzeni rozpoczęli krótką operację lądową, która pozwoliła wypchnąć Irakijczyków z Kuwejtu i zmusiła Husajna do podpisania rozejmu. Dyktator nie utracił władzy, ale na jego kraj zostały nałożone kolejne bolesne sankcje. 23 kwietnia 1991 roku polskie okręty ruszyły do domu.
W Gdyni zameldowały się w maju. Podczas operacji „Pustynna tarcza” i „Pustynna burza” pokonały 15,3 tys. mil morskich. Podczas samej misji w Zatoce Perskiej wzięły udział w 12 patrolach o łącznej długości 2 tys. mil. Wszyscy marynarze szczęśliwie wrócili do domów, przywożąc ze sobą potężny bagaż doświadczeń. Na własnej skórze poczuli, co znaczy operowanie w zachodnich strukturach wojskowych. Po raz pierwszy posmakowali czegoś, co niebawem miało stać się ich codziennością. Nie przypuszczali nawet, że dekadę później polski okręt ponownie wyruszy na Bliski Wschód, by wziąć udział w wojnie.
Wielbłąd na nadbudówce
Początek XXI wieku przyniósł światu serię wstrząsów. Atak Al-Kaidy na World Trade Center i Pentagon, interwencja Amerykanów w Afganistanie, a potem wybuch kolejnej wojny w Iraku pokazały, że prognozy wieszczące koniec historii i nastanie wiecznego pokoju są stanowczo przesadzone. Polska była już wówczas członkiem NATO. Mocno osadziła się w zachodnich strukturach polityczno-wojskowych, to zaś wiązało się nie tylko z przywilejami. Rządzący mieli świadomość, że wobec zaangażowania sojuszników na Bliskim i Środkowym Wschodzie nie mogą pozostać obojętni. Stąd decyzja o wysłaniu polskich żołnierzy w dwa najbardziej zapalne wówczas regiony świata.
Obok logistyków, saperów czy komandosów GROM-u na wschód wyruszył ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”. Okręt wszedł do służby ledwie kilka miesięcy wcześniej, a sam proces jego budowy pełen był perypetii i nieoczekiwanych zwrotów. Dość powiedzieć, że „Czernicki” pierwotnie miał być… stacją demagnetyzacyjną. Gdańska Stocznia Północna budowała w latach osiemdziesiątych serię takich dla sowieckiej marynarki.
Początkowo wszystko szło gładko – zamawiający odebrali 16 jednostek, jedną dodatkowo kupili Bułgarzy. Ale kiedy projekt znalazł się na finiszu, upadł ZSRR. Tymczasem Rosja – główna spadkobierczyni imperium – nie była zainteresowana finalizacją kontraktu. W Gdańsku został jeden w dużej części wyposażony kadłub. Długo wydawało się, że pójdzie na żyletki, ale ostatecznie przygarnęła go Polska Marynarka. W myśl umowy stocznia miała przebudować niedoszłą stację demagnetyzacyjną w okręt wsparcia logistycznego.
Tak właśnie narodził się „Czernicki” albo, jak nazywają go marynarze – „Iks”. I ten pachnący jeszcze nowością okręt 10 lipca 2002 roku opuścił port wojenny w Świnoujściu, by po trzech tygodniach dotrzeć w okolice Półwyspu Arabskiego. Tam „Czernicki” został podporządkowany V Flocie Stanów Zjednoczonych i rozpoczął udział w „Enduring Freedom”, operacji wymierzonej w rządzących Afganistanem talibów. Przez kolejne tygodnie polska załoga transportowała sprzęt dla wojska, ale też zaopatrywała okręty koalicji w paliwo i słodką wodę.
Wymalowany na nadbudówce żółty wielbłąd przypomina misję „Czernickiego” w Zatoce Perskiej. Fot. Archiwum WIW/Marian Kluczyński
Do tego „Czernicki” stał się bazą dla zagranicznych grup boardingowych, które w razie potrzeby miały wkraczać na statki podejrzewane o zaopatrywanie terrorystów. – W sumie przez okręt przewinęło się dwanaście grup z US Navy, US Marine Corps oraz Royal Australian Navy – wyliczał w jednej ze swoich publikacji Grzegorz Ciechanowski. Każde z takich wyjść morskich zajmowało dwa tygodnie. Potem przez pięć dni okręt odtwarzał gotowość w Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratach Arabskich bądź Bahrajnie.
Tymczasem na horyzoncie tliło się już widmo nowej wojny. Iracki dyktator Saddam Husajn, który mimo klęski zdołał przetrwać pierwszą batalię przeciwko wojskom koalicji, nie zamierzał rewidować swojej agresywnej polityki. W pewnym momencie odmówił współpracy z delegowanymi przez ONZ inspektorami, którzy mieli zweryfikować doniesienia o irackiej broni masowego rażenia. Potem co prawda zgodził się na ich powrót, ale koniec końców oskarżył ich o szpiegostwo.
Z drugiej strony Amerykanie również nie zamierzali tonować nastrojów. – Analitycy CIA bardzo często dostarczali raportów potwierdzających zarzuty wysuwane przez administrację Busha, zamiast raportów przedstawiających faktyczny stan rzeczy – zauważył Wojciech Michnik, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po latach okazało się, że irackie prace nad bronią jądrową wcale nie były tak zaawansowane, jak zakładali politycy w USA.
W styczniu 2003 roku starcie wydawało się jednak nieuniknione. Wtedy też ORP „Czernicki” został przydzielony do nadciągającej operacji „Iraqi Freedom”. Dowodzenie okrętem z rąk kapitana marynarki Grzegorza Okuljara przejął komandor podporucznik Jacek Rogalski, a na pokładzie pojawił się pododdział Formozy. – Początkowo kontrolowaliśmy pojawiające się w tamtym rejonie statki. Sprawdzaliśmy, czy nie przerzucają do Iraku towarów objętych sankcjami – wspominał po latach komandor podporucznik Rogalski.
Dwa miesiące później wojna ostatecznie wybuchła, a już niebawem pojawił się pomysł, by „Iks” stał się eskortą dla konwoju humanitarnego, który zmierzał do portu Umm Kasr. Miasto leży jakieś 40 km w głąb lądu, w cieśninie Chaur Abd Allah, a polski okręt ze względu na niewielkie zanurzenie mógł na jej wodach pływać bez większych przeszkód. – Poruszaliśmy się wśród pustyni. Od brzegów dzieliła nas odległość na tyle mała, że bez trudno można nas było ostrzelać choćby z granatnika. Żeglugę utrudniały wraki – pozostałości po czasach „Pustynnej burzy”, w dodatku Irakijczycy poprzestawiali znaki nawigacyjne – opowiadał komandor podporucznik Rogalski.
Tak czy inaczej osłaniany przez komandosów Formozy okręt szczęśliwie dotarł do celu. Takich konwojów w sumie było dziewięć. Do tego „Iks” zrealizował 56 patroli w cieśninie Chaur Abd Allah i… przeprowadził cztery akcje ratownicze. Polscy marynarze uratowali życie załogom tonących kutrów z Iraku, Iranu i Bahrajnu.
„Czernicki” operował na Zatoce Perskiej do 31 lipca 2003 roku. Trzy dni później wyruszył w długą drogę do domu. W Świnoujściu zameldował się 10 września. W ciągu 14 miesięcy łączonej misji przebył łącznie ponad 30 tys. mil morskich. Przez ten czas załoga zmagała się z upałem i niepewnością, piaskowymi burzami i sztormami. Uczyła się funkcjonować w zupełnie nowych dla siebie warunkach. Dla samego okrętu misja stała się jednym z najważniejszych epizodów służby pod biało-czerwoną banderą, o czym do dziś przypomina wymalowany na jego nadbudówce wielbłąd.
Drzwi szeroko otwarte
Misje w Zatoce Perskiej miały ogromne znacznie polityczne. Pokazały, że Polska obrała prozachodni kurs i że potrafi być lojalnym sojusznikiem. Udowodniły również wartość polskiej marynarki – przede wszystkim jej zdolności adaptacyjne, ale też dobre wyszkolenie marynarzy. Otworzyły w jej dziejach zupełnie nowy rozdział. Odtąd marynarze z Gdyni i Świnoujścia na zagraniczne misje mieli wyruszać już regularnie.
W 2005 roku okręt podwodny ORP „Bielik” zameldował się na Morzu Śródziemnym, gdzie dołączył do antyterrorystycznej operacji „Active Endeavour”. Polegała ona na osłonie kluczowych dla Europy szlaków żeglugowych i zapobieganiu przemytowi broni. Po „Bieliku” na misję ruszały kolejno inne polskie okręty – choćby fregata ORP „Gen. K. Pułaski”. Polskie jednostki od lat regularnie współtworzą też stałe zespoły okrętowe NATO.
Czasem – jak ORP „Czernicki” – odgrywają w nich rolę okrętu flagowego. Same zespoły to jeden z kluczowych elementów natowskiego systemu bezpieczeństwa. Wchodzą one w skład Sił Odpowiedzi, a ich zadaniem jest patrolowanie akwenów wokół Europy i… demonstrowanie gotowości do interwencji na wypadek kryzysu bądź wojny. Polska Marynarka Wojenna jest więc w NATO widoczna. I mimo trudności, z którymi boryka się w ostatnich latach, nieustannie dopisuje kolejne rozdziały tej historii.
Źródła cytatów:
Ciechanowski G., Dwie dekady służby Iksa, „Colloquium. Pedagogika – Nauki o Polityce i Administracji” 2022, nr 1 (45).
Ciechanowski G., Polski Kontyngent Wojskowy w operacji „Pustynna Burza” w latach 1990–1991, www.skmponz.szczecin.pl [dostęp 12 listopada 2025].
Damski Z., W orbicie „Pustynnej Burzy”, „Żołnierz Polski” 1991, nr 27–28.
Pulkowski K., Udział ORP „Wodnik” i ORP „Piast” w operacji „Pustynna burza”, „Bandera” 2018, nr 7/8.
Michnik W., Długa droga do wojny – USA i przyczyny II wojny w Zatoce Perskiej [w:] Irak. Dylematy amerykańskiej interwencji, red. W. Dzielski, W. Michnik, Kraków 2007.
Zalesiński Ł., Polskie okręty w operacji „Pustynna Burza”, Polska-zbrojna.pl [dostęp 12 listopada 2025].
Zalesiński Ł., Tomahawki nad głowami, Polska-zbrojna.pl [dostęp 12 listopada 2025].
autor zdjęć: Archiwum WIW, Marian Kluczyński, Domena publiczna

komentarze