Dowodzi ludźmi, którzy muszą działać szybko, precyzyjnie i bez marginesu błędu. Sam łączy chłodną analizę z doświadczeniem zdobytym w realnych warunkach wojny. – Jest pracowity, sumienny, zaangażowany. Lepszego dowódcy nie mogę sobie wyobrazić – mówi o nim jeden z podwładnych. Ppłk Karol Bibik jest jednym z laureatów Buzdyganów’25, nagrody „Polski Zbrojnej”.
Karol Bibik już jako chłopiec chciał służyć w armii. Wzorował się na ojcu, żołnierzu zawodowym. Później wahał się, czy wybrać wojska lądowe, czy lotnictwo. Ostatecznie postawił na te pierwsze i w 1995 roku ukończył wrocławską Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych (WSOWZ, zwaną przez żołnierzy Zmechem). Później – już jako doświadczony oficer – zaczął świadomie łączyć to, co pozornie odległe: doświadczenie żołnierza wojsk lądowych, fascynację lataniem i logistykę. – Karol jest niezwykle kompetentny, ma ogromną wiedzę i rozległe kontakty. To typ zadaniowy, który nie ma w zwyczaju stwierdzać, że czegoś się nie da. Mogę mu zlecić dowolne zadanie i wiem, że z marszu powie, co i jak trzeba zrobić – opowiada płk pil. Sławomir Byliniak, dowódca 8 Bazy Lotnictwa Transportowego. – Z takim oficerem mógłbym iść na wojnę – dodaje.
W 2003 roku na lotnisku Wrocław-Strachowice, gdzie służył Karol Bibik, pojawili się Amerykanie, którzy mieli pomóc w ekspediowaniu ludzi i zaopatrzenia do polskiego kontyngentu wojskowego (PKW) w Iraku. To wtedy po raz pierwszy zetknął się z amerykańską filozofią „mobility”. Krok po kroku poznawał system dopracowywany od czasów wojen w Korei i Wietnamie, który w pełnej okazałości rozwinął się podczas operacji „Pustynna burza”. – Nie sądziłem, że lotnicza logistyka może działać z takim rozmachem – przyznaje oficer.
Kolejnym punktem zwrotnym był Kandahar, gdzie Bibik trafił w 2007 roku w ramach I zmiany PKW Afganistan. Praca na lotnisku w strefie działań bojowych – często po zmroku, przy zaciemnionej infrastrukturze – pokazała mu, jak wygląda logistyka w realnych warunkach wojny. I jak bardzo różni się od tego, co dotąd znał z ćwiczeń. – Chciałem się uczyć, cały czas o coś pytałem – wspomina. Jeden z Amerykanów pół żartem, pół serio stwierdził nawet, że musi być z wywiadu, a nie z logistyki, skoro zadaje tyle szczegółowych pytań.
Rok później, podczas unijnej misji w Czadzie (EUFOR), doszedł kolejny element układanki. Francuskie i hiszpańskie rozwiązania były dostosowane do mniejszych sił i środków niż amerykańskie. – Po tej misji miałem już przekrojowy obraz – wiedziałem, jak organizują transport wojskowy giganci i jak średniacy – mówi ppłk Bibik. – Później okazało się to przydatne przy projektowaniu procedur adaptowanych do skromniejszych, polskich realiów – dodaje oficer i przyznaje, że po misjach nie miał już żadnych wątpliwości co do tego, jak należy myśleć o lotnictwie transportowym. – To nie jest zbiór pojedynczych lotów, ale system, który musi działać niezależnie od miejsca, pory dnia i skali operacji. I który – jeśli jest dobrze przygotowany – pozwala stworzyć lotnisko dokładnie tam, gdzie jest potrzebne.
Pełnoskalowa wojna w Ukrainie potwierdziła zasadność tych słów. Z dnia na dzień port Rzeszów-Jasionka stał się kluczowym hubem logistycznym. Komenda Obsługi Lotniska we Wrocławiu delegowała część swoich sił i środków na Podkarpacie. Samoloty z pomocą dla Ukrainy przylatywały falami. Walczący sąsiad potrzebował broni i amunicji, jakiekolwiek przestoje oznaczałyby wymierne straty po ukraińskiej stronie. – Musieliśmy być gotowi na obsługę kilku statków powietrznych jednocześnie, w zmiennych warunkach i bez luksusu długiego postoju – opowiada ppłk Bibik.
W Jasionce działa lotniskowy moduł przeładunkowy (LMP). W 2025 roku, gdy rzeszowski pas startowy wymagał remontu, został on przeniesiony na lotnisko Lublin-Świdnik, a po zakończeniu prac wrócił do Jasionki. Od sprawnego przeprowadzenia tych relokacji zależała dynamika, z jaką przez polskie lotniska przechodziła pomoc dla Ukrainy. Odpowiadał za to ppłk Bibik i wywiązał się z tego zadania wzorowo. – Nie było żadnego zacięcia – podkreśla płk pil. Byliniak. A dowodzona przez ppłk. Bibika komenda ani na chwilę nie wycofała się z innych zobowiązań. Wrocławska KOL wykonuje zadania unikatowe w skali całej armii: przygotowanie, załadunek, zabezpieczenie i rozładunek materiałów dla wszystkich rodzajów sił zbrojnych oraz wojsk sojuszniczych. Obsługuje ćwiczenia, kontyngenty za granicą, realizuje inne misje związane np. z udzielaniem pomocy humanitarnej. Specjaliści KOL-u pracują we Wrocławiu i na innych lotniskach. W razie potrzeby LMP mogą uruchomić nie tylko w już istniejącym porcie, lecz także na zaimprowizowanym lotnisku.
St. chor. sztab. Marek Rudzki, kierownik Sekcji Wspomagającej KOL Wrocław, jest prawą ręką ppłk. Bibika. – Pracowitość, sumienność, zaangażowanie i umiejętne zarządzanie ludźmi – wymienia najważniejsze cechy przełożonego. – A jest kim zarządzać – podkreśla. KOL powstała w 2010 roku, po rozwiązaniu 3 Bazy Lotniczej, i służyły w niej wówczas 83 osoby. Dziś to około 450 żołnierzy i pracowników, a w perspektywie – nawet 600. – Bibik potrafi ich wszystkich zmotywować. Lepszego dowódcy nie mogę sobie wyobrazić – mówi chorąży. Spytany o wady szefa, uśmiecha się szeroko. – Pracowitość… – dodaje po chwili.
Ppłk Bibik mówi, że jego praca ma dwa oblicza. Jedno to służba we Wrocławiu – gdzie m.in. nadzoruje rozbudowę wielkiej lotniczej bazy załadunkowo-rozładunkowej Sił Zbrojnych USA. Drugie – zadania realizowane w wysuniętych punktach i operacje, jak ta w Jasionce. – Już nie jeżdżę tyle w teren, częściej dowodzę na odległość. Ale nie czuję zmęczenia. Jest jeszcze sporo rzeczy, które chciałbym zrobić – przyznaje.
Za taką gotowością do działania stoi także prywatne zaplecze. Żona nauczyła się funkcjonować w rytmie jego służby. – Bez jej wsparcia wiele rzeczy nie byłoby możliwych – zapewnia oficer. To właśnie ten cichy fundament pozwala mu zachować spokój i koncentrację w pracy, w której, jak zapewnia, „nie ma nudy”.

komentarze