Miesiące przygotowań i 12 dni zmagań, aby pokazać, że polscy pancerniacy należą do światowej czołówki. I udało się, załoga 1 Warszawskiej Brygady Pancernej wywalczyła srebro na pancernej olimpiadzie Sullivan Cup w USA, ustępując jedynie Amerykanom. – To był duży wysiłek i emocjonalny rollercoaster – mówi sierż. Mateusz Jabłoński, dowódca polskiego czołgu.
Zawody Sullivan Cup odbyły się w Fort Benning w USA. Do rywalizacji stanęło osiem załóg czołgów – sześć amerykańskich, jedna z Wielkiej Brytanii i jedna z Polski. Początkowo uczestników miało być więcej, jednak część zagranicznych reprezentacji, w tym z Australii, ostatecznie nie dotarła.
Same zmagania trwały kilkanaście dni, ale cały pobyt wraz z przygotowaniami i aklimatyzacją rozciągnął się do niemal miesiąca. Polacy na swoją prośbę otrzymali na czas zawodów amerykańskiego Abramsa M1A2 SEPv3. Czołgi w tej wersji znajdują się również w wyposażeniu 1 Warszawskiej Brygady Pancernej. Wybór był ważny. – To najnowsza wersja, więc teoretycznie najmniej awaryjna. Zależało nam na niej, choć jesteśmy wyszkoleni na wszystkich wersjach Abramsów używanych w Polsce – wyjaśnia por. Paweł Bartel z 1BPanc., który w tym roku pełnił funkcję trenera naszej reprezentacji. Niektóre ekipy postawiły jednak na Abramsy dwójki. – Wyszło pół na pół – śmieje się sierż. Mateusz Jabłoński, dowódca „srebrnej” załogi.
Szlaki już przetarte
Od początku było jasne, że Polacy chcą walczyć o podium. – Bardzo nam na tym zależało. Chcieliśmy pokazać się z jak najlepszej strony i jednocześnie zatrzeć wrażenia z poprzedniej edycji, kiedy zajęliśmy siódmą lokatę. To był nasz pierwszy start i pokonały nas amerykańskie procedury bezpieczeństwa. W tym roku jeszcze mocniej się przyłożyliśmy także do tej kwestii – wskazuje dowódca czołgu.
Po przylocie, aklimatyzacji i sprawdzeniu maszyny w końcu rozpoczęły się zawody. Każdy następny dzień oznaczał nową konkurencję i zupełnie inny rodzaj wysiłku – od testów sprawnościowych przez egzaminy teoretyczne po strzelania bojowe i zadania techniczne wykonywane pod presją czasu i zgodnie z amerykańskimi procedurami. – Cały czas w oku kamery. Sędziowie śledzili każdy nasz krok. Zwracano uwagę na kolejność wykonywanych czynności, nawet wewnątrz czołgu czy podczas wymiany gąsienicy – opowiada por. Bartel, który z kolei uważnie obserwował decyzje i punktację sędziów. – Na wszelki wypadek… – uśmiecha się.
Pierwszą konkurencją był Thunderbolt Fitness Challenge, nazywany przez żołnierzy WF-em dla czołgistów. Załogi biegały z ważącymi kilkanaście kilogramów skrzynkami z amunicją lub pociskami 120 mm i ogniwami gąsienicy. – Między kolejnymi okrążeniami wykonywaliśmy przysiady, wyciskanie amunicji nad głową, czołgaliśmy się z liną holowniczą i przetaczaliśmy koła czołgowe. To wymagające kondycji zadania – opowiada dowódca czołgu. Polacy zajęli w tej konkurencji trzecie miejsce.
Później przyszła kolej na procedurę call for fire, czyli wezwanie wsparcia ogniowego artylerii z pola walki. Żołnierze, korzystając z map, kompasów i lornetek, musieli odnaleźć cel, obliczyć jego położenie i przekazać współrzędne – wszystko w języku angielskim i zgodnie z amerykańskimi procedurami. Polacy zdobyli maksymalną liczbę punktów podczas pierwszego podejścia. – Jednym strzałem trafili dokładnie w cel, bez konieczności nanoszenia poprawek – wspomina por. Bartel i dodaje, że nikomu z konkurentów to się nie udało. Wymagającym elementem zawodów okazał się egzamin z rozpoznawania sprzętu wojskowego. Uczestnicy musieli się nauczyć około 380 sylwetek pojazdów, śmigłowców i czołgów. – Dużo było chińskiego sprzętu, bo Amerykanie dzisiaj na nim się skupiają, więc musieliśmy się do tego mocno przyłożyć – wspomina sierż. Jabłoński.
Pancerniacy przyznają, że jednym z najbardziej wymagających etapów był egzamin z amerykańskiej doktryny taktycznej, także ze względu na język angielski. – Taktyczne regulaminy armii USA były pełne specjalistycznego słownictwa. Przygotowywaliśmy się do tego od stycznia, tłumacząc amerykańskie instrukcje i robiąc kolejne testy jeszcze w kraju – opowiada trener. Organizatorzy poszli naszym na rękę i tuż przed egzaminem zgodzili się przygotować polsko-angielską wersję testu. – Rozwiązywaliśmy go praktycznie w dwóch językach jednocześnie – wspominają żołnierze.
Kolejne dni przyniosły konkurencje bojowe – strzelanie z pistoletu M17, ewakuacja rannego z czołgu i strzelanie po intensywnym wysiłku fizycznym. Podczas ewakuacji Polacy okazali się bezkonkurencyjni. Bardzo sprawnie poradzili sobie z ciężkim manekinem, którego trzeba było wydostać z wnętrza Abramsa i przetransportować kilkadziesiąt metrów dalej. Polska załoga osiągnęła najlepszy czas w całych zawodach – ponad trzy minuty lepszy od kolejnego zespołu.
W końcu rywalizacja dotarła do najważniejszego momentu – strzelania z czołgu w dzień i w nocy. Ta konkurencja miała największy wpływ na klasyfikację końcową. – Była też naszą popisową umiejętnością, do której bardzo intensywnie się przygotowywaliśmy – mówi dowódca załogi. Cele pojawiały się tylko na kilkadziesiąt sekund. Liczyła się natychmiastowa reakcja. Załoga musiała prowadzić ogień zgodnie z amerykańskimi procedurami, wydając komendy w języku angielskim, pod stałym monitoringiem kamer i systemów rejestrujących każdy ruch oraz dźwięk. Por. Bartel podsumowuje, że z tego strzelania wszyscy byli bardzo zadowoleni. – Przede wszystkim zaważyło przygotowanie czołgu, wielka precyzja podczas wykonywania boresightu, tj. zgrywania celowników z osią przewodu lufy. Dzięki temu tam, gdzie celowali, tam trafiali – wskazuje. Podkreśla też doskonałą współpracę dowódcy czołgu z działonowym. – Świetnie się rozumieją i lubią ze sobą pracować, a to daje efekty – zapewnia instruktor.
Podczas nocnych zadań pojawiło się dodatkowe utrudnienie. – Strzelaliśmy jako ostatni około godziny 4.00. Sytuację utrudnił pożar na strzelnicy, który ograniczał widoczność i zasnuwał pole walki dymem – opowiada żołnierz. Przez te utrudnienia załoga spędziła osiem godzin w czołgu, czekając na swoją kolej. Nie było żadnej taryfy ulgowej, mimo to instruktorzy po zakończeniu konkurencji nie mieli uwag do prowadzenia ognia.
W kolejnej konkurencji związanej ze strzelaniem Amerykanie ustawili poprzeczkę bardzo wysoko. Cele pojawiały się tylko na kilkadziesiąt sekund, nie wszystkie były wrogie. Trzeba było błyskawicznie się orientować, do którego strzelić, a który ominąć. Polscy czołgiści znowu stanęli na wysokości zadania, ale, jak wspominają, koledzy z innych drużyn mieli problemy.
Która śrubka pierwsza
Szczególnie dobrze Polacy wypadli w części technicznej. Załoga miała do wykonania m.in. takie zadania, jak wymiana ogniw gąsienicy, sprawdzenie systemów przeciwpożarowych i przygotowanie czołgu do holowania. W przypadku tego pierwszego jako jedyni zmieścili się w nowym amerykańskim limicie czasowym wynoszącym 30 minut. – W tych zawodach nie wystarczyło być dobrym czołgistą. Trzeba było działać dokładnie według amerykańskich procedur, krok po kroku. Nawet kolejność odkręcania śrub miała znaczenie – tłumaczyli uczestnicy.
Ostatnią konkurencją był dwumilowy bieg w pełnym wyposażeniu zakończony serią zadań taktycznych: składaniem meldunków, obsługą karabinu maszynowego M240B, identyfikacją sprzętu, udzielaniem pierwszej pomocy i przygotowaniem radiostacji. I znowu Polacy okazali się najszybszą załogą czołgową całych zawodów. Organizatorzy nie ujawniali wyników cząstkowych, chcąc utrzymać maksymalną motywację wszystkich drużyn. Całe szczęście polscy trenerzy sami prowadzili wyliczenia, bo kiedy na półmetku ogłoszono wstępne zestawienie, okazało się, że polskiej załogi zabrakło w czołówce. Po interwencji trenerów Amerykanie przyznali, że doszło do błędów w podliczaniu punktów. Pancerniacy z Wesołej wskoczyli na trzecią pozycję. – To był stresujący moment, zwłaszcza że za chwilę mieliśmy zacząć kolejną konkurencję. No cóż, musieliśmy odciąć myśli, stres i ruszyć z czystym umysłem w pole – wspomina dowódca czołgu.
Nasi górą
Polacy zakończyli Sullivan Cup na drugim miejscu, ustępując jedynie amerykańskiej 4 Dywizji Piechoty. – Dwa lata temu pojechaliśmy do Stanów Zjednoczonych zobaczyć, jak wyglądają te zawody. Teraz udowodniliśmy, że możemy walczyć z Amerykanami jak równy z równym – podsumowują. – To było spełnienie marzenia, przyniosło nam wiele satysfakcji. Będziemy to długo wspominać – ocenia sierż. Jabłoński, który dwa lata temu wziął udział w pancernej olimpiadzie w roli działonowego.
Dla żołnierzy nie był to jedynie prestiżowy konkurs. Jak podkreślają, takie zawody dają zupełnie inne doświadczenie niż standardowe ćwiczenia wojskowe. Tutaj dochodzą skrajne zmęczenie, stres, presja czasu i konieczność działania przez wiele dni praktycznie bez odpoczynku. – Bardziej przypomina to realne warunki pola walki niż zwykły poligon – mówią pancerniacy.
Silna pozycja Polaków była szeroko komentowana wśród zawodników oraz sędziów. Została też doceniona przez amerykańskich żołnierzy. Jeden z pułkowników napisał później w serwisie X, że po obejrzeniu polskiego strzelania wyciągnął jeden wniosek: „Lepiej nie wdawać się w strzelaninę z Polakiem”.
autor zdjęć: Patrick Albright, Marlin Villalobos/ US Army

komentarze