Brytyjski wywiad szacuje, że od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę Rosja straciła niemal pół miliona zabitych żołnierzy. Takie dane przedstawiła niedawno Anne Keast-Butler, szefowa brytyjskiego wywiadu elektronicznego GCHQ. Według Brytyjczyków całkowite rosyjskie straty – obejmujące zabitych i rannych – przekroczyły już milion ludzi. To liczby, które dla większości współczesnych armii oznaczałyby katastrofę strategiczną i polityczną. Tymczasem Rosja nadal prowadzi wojnę. Pytanie – jak długo jeszcze udźwignie ten ciężar?
Kreml zaakceptował całkowitą niewspółmierność pomiędzy kosztami wojowania a jego efektami. Za cenę koszmarnych strat Moskwa otrzymuje ledwie kilometry zrujnowanego Donbasu i możliwość ogłoszenia w państwowej telewizji następnego „sukcesu operacyjnego”. Ale i z tym jest ostatnio problem, bo intensyfikacja ofensywy dronowej Ukraińców – podjęta także na froncie – drastycznie ograniczyła zdolności rosyjskiej logistyki. Pozbawione wystarczającej ilości zaopatrzenia wojsko stoi więc w miejscu i krwawi. Według danych brytyjskiego wywiadu rosyjskie siły zbrojne tracą miesięcznie 15–20 tys. zabitych.
Ekonomia, nie ideologia
Skala strat zwiększa się co najmniej dwukrotnie, jeśli uwzględnić rannych, tymczasem rosyjska armia jest w stanie zrekrutować miesięcznie 25–31 tys. nowych żołnierzy. Według wyliczeń Janisa Klugego z Niemieckiego Instytutu Badań nad Bezpieczeństwem Międzynarodowym, opartych na rosyjskich budżetach regionalnych, w pierwszym kwartale 2026 roku do armii trafiło ok. 70,5 tys. kontraktowych żołnierzy i ochotników. Średnio daje to ok. 800 nowych rekrutów dziennie – najmniej od początku 2024 roku. Innymi słowy, rosyjskie siły zbrojne zatraciły możliwość odtwarzania strat „jeden do jednego”.
Rosyjskie władze nadal unikają ogłoszenia nowej powszechnej mobilizacji, pamiętając chaos jesieni 2022 roku: masowe ucieczki z kraju, protesty i gwałtowne pogorszenie nastrojów społecznych. Z tych samych powodów nie wysyła się na front poborowych. Mimo problemów Kreml wciąż stawia przede wszystkim na system kontraktowy, usiłując poprawić jego efektywność za pomocą coraz większych pieniędzy.
Ostatnie ujęcie z drona rosyjskich żołnierzy
w obwodzie Donieckim na Ukrainie.
W części obwodów jednorazowe bonusy dla ochotników przekroczyły już kwotę 2 mln rubli (ok. 100 tys. zł). Do tego dochodzą wysokie żołdy, dodatki socjalne, preferencyjne kredyty oraz rozbudowany system świadczeń dla rodzin wojskowych. Kilka dni temu Władimir Putin podpisał ustawę, która umożliwia umorzenie do 10 mln rubli zobowiązań osobom, które od 1 maja tego roku podpiszą co najmniej roczny kontrakt z rosyjskim ministerstwem obrony. Program obejmuje również małżonków rekrutów i dotyczy długów objętych już postępowaniem egzekucyjnym lub sądowym.
Klimat się zmienia
Rosyjski system rekrutacyjny nie od dziś opiera się w większym stopniu na ekonomii niż na ideologii. Armia już kilka lat temu stała się dla części mieszkańców prowincji sposobem na wyjście z zadłużenia albo uzyskanie dochodów niedostępnych na lokalnym rynku pracy. Szczególnie widoczne jest to w biedniejszych regionach Federacji Rosyjskiej, republikach narodowych i małych miastach, które od początku wojny ponoszą nieproporcjonalnie wysokie straty osobowe.
Jednak im bardziej społeczeństwo rozumie realia frontu – wysoką śmiertelność, ryzyko kalectwa i małe szanse powrotu – tym wyższą cenę państwo musi płacić za każdego kolejnego ochotnika. Koszty tej polityki coraz wyraźniej widać w rosyjskich finansach publicznych. W projekcie budżetu na 2026 rok wydatki na obronność przekroczyły 13 bln rubli. Łącznie z wydatkami na bezpieczeństwo wewnętrzne sektor siłowy pochłania już ok. 40% wydatków federalnych Rosji. Za tym zaś idzie dalsza militaryzacja gospodarki, prowadzona kosztem rosnącej presji inflacyjnej, wysokich stóp procentowych i ograniczania istotnej części wydatków cywilnych.
Nie wszystkim wpływowym Rosjanom się to podoba. Jeszcze dwa lata temu wojna oznaczała dla elit nowe możliwości zarobku i rozszerzania wpływów. Dziś – jak zwracają uwagę analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich – rosną napięcia pomiędzy technokratami odpowiedzialnymi za stabilność gospodarki a środowiskami związanymi z resortami siłowymi i przemysłem obronnym. Ci pierwsi boją się drastycznego kryzysu, którego widmo coraz mocniej unosi się nad Rosją. W coraz mniej zawoalowany sposób krytykują Putina i namawiają Kreml do zakończenia wojny. Wtóruje im coraz więcej zwykłych Rosjan – z badań Centrum Lewady wynika, że dwie trzecie (67%) obywateli federacji chce negocjacji, co jest najwyższym poziomem od początku pomiarów. Zwolenników dalszego prowadzenia „specjalnej operacji wojskowej” jest już tylko 24%. Klimat w Rosji chyba się zmienia…
autor zdjęć: Associated Press/East News

komentarze