Z końcem historii czołgów na wojnie jest podobnie jak z… ogłaszaniem śmierci westernu. W obu wypadkach czyniono to kilkakrotnie i za każdym razem okazywało się to nieprawdą, ku zaskoczeniu tych, którzy ów kres wieszczyli. Tyle tylko, że taka pomyłka z bronią pancerną niosła i niesie o wiele poważniejsze konsekwencje niż tylko wstyd krytyków, bo klęskę na wojnie.
Wbrew pozorom, czołgi od samego początku swej historii miały w wojsku więcej przeciwników niż zwolenników. Po debiucie brytyjskich czołgów pod Sommą we wrześniu 1916 roku, kiedy to pojawienie się tych „stalowych potworów” wywołało panikę w nieprzyjacielskich okopach, Niemcy szybko nauczyli się z nimi walczyć, co przychodziło im tym łatwiej, że były to maszyny wciąż niedopracowane technicznie. Mimo to Brytyjczycy postanowili iść za ciosem i 20 listopada 1917 roku pod Cambrai armia brytyjska przy użyciu 476 czołgów przeprowadziła pierwszą w historii ofensywę pancerną. Ta pancerna pięść zdołała przerwać front i uczynić wyłom w niemieckich pozycjach, który dokładnie wyniósł… 19 km. Niemcy szybko go załatali.
Czołgi Renault, które pojawiły się pod koniec wielkiej wojny, wciąż były używane w II wojnie światowej. Fot. NAC
Nieco lepsze doświadczenia zebrali Francuzi w trzeciej bitwie nad Aisne 31 maja 1918, gdyż ich 30 Renaultów FT zdołało – choć na krótko – zatrzymać niemiecką ofensywę. Już wtedy widać było, że konstrukcja Renaulta FT (m.in. obrotowa wieża z armatą lub cekaemem, wzmocniony pancerz z przodu i silnik z tyłu), to trafiony kierunek w rozwoju broni pancernej i alianccy sztabowcy zaczęli planować kolejną wielką ofensywę pancerną na rok 1919. Wielka wojna skończyła się jednak w listopadzie 1918 roku i ofensywa pozostała w sferze nigdy niezrealizowanych projektów.
Malkontenci kontra wizjonerzy
Paradoksalnie, gdyby doszło do powyższej ofensywy i gdyby zakończyła się ona sukcesem, być może Hitler nie doszedłby do władzy i świat nie musiałby przeżywać koszmaru kolejnego globalnego konfliktu. Po prostu pancerne uderzenie aliantów okazałoby się tak spektakularne, że nie byłoby później w Niemczech mowy o teorii „ciosu w plecy”, którą snuli naziści. To oczywiście hipotezy, ale z pewnością nie doszłoby wtedy do pierwszej wielkiej dysputy, w której zakwestionowano przydatność czołgów na froncie.
Tylko pozornie może dziwić, że takie opinie zrodziły się po stronie zwycięzców, a dokładnie tam, gdzie stworzono najlepszy czołg I wojny światowej. To właśnie francuscy sztabowcy doszli do wniosku, że czołgi to broń zbyt kosztowna i nieefektywna wobec coraz lepszej broni przeciwpancernej. Wprawdzie Brytyjczycy nie byli w sądach aż tak radykalni – jako pierwsi na świecie stworzyli eksperymentalną brygadę zmechanizowaną – ale kluczowe w jej nazwie pozostało słowo „eksperymentalna”.
Po prostu alianci zapłacili za swe zwycięstwo w I wojnie światowej zbyt wielką cenę i jednocześnie byli tak przekonani o jego trwałości, że nie zastanawiali się poważnie nad ewentualnością kolejnego, równie strasznego, a może jeszcze straszniejszego konfliktu światowego. Całkiem inne nastroje panowały w obozie przeciwnym – w stolicach państw pokonanych.
Blitzkrieg nim wypalił się na froncie wschodnim, dał Niemcom zwycięstwo w środkowej i zachodniej Europie oraz umożliwił opanowanie olbrzymich połaci Rosji. Na zdjęciu „konie pociągowe” Wehrmachtu – PzKpfw III wjeżdżają do rosyjskiej wsi, jesień 1941. Fot. NAC
W niemieckim sztabie generalnym kierowanym przez generała Hansa von Seeckta szybko górę wzięła opinia, że gdyby w 1914 roku armia niemiecka była zmechanizowana i posiadała czołgi, byłaby nie do zatrzymania. Już wtedy zaczęła się wykluwać taktyka, którą Niemcy zawojowali Europę po 1939 roku, czyli blitzkrieg. Generał Heinz Guderian – zwany ojcem niemieckiej broni pancernej – i jego koledzy uznali, że czołgi we współpracy z lotnictwem i piechotą zmechanizowaną są w stanie szybko przerwać front, wedrzeć się w głąb terytorium nieprzyjaciela i błyskawicznie rozstrzygnąć kampanię nawet jeśli przeciwnik jest potężniejszy. Blitzkrieg opierał się w istocie na współdziałaniu kilku rodzajów broni, a cała jego efektywność polegała na tym, że zarówno czołgi, jak i samoloty i wozy pancerne utrzymywały ze sobą stałą łączność radiową. Radio w każdym czołgu to było prawdziwe „wunderwaffe” Guderiana.
Całkiem podobną do niemieckiej doktrynę użycia broni pancernej stworzyli Sowieci, a dokładnie marszałek Michaił Tuchaczewski. Nazywała się ona teorią głębokiej operacji. Jej istotą było przeprowadzenie jednoczesnego ataku na wiele punktów nieprzyjacielskiej linii obrony. To miało na celu zdezorientować sztab przeciwnika i uniemożliwić mu przerzucenie odwodów w rzeczywiste miejsce głównego natarcia.
Po dokonaniu przełamania, w głąb terytorium nieprzyjaciela miały wedrzeć się wojska szybkie (pancerne i zmechanizowane przy wsparciu desantu powietrznego), oskrzydlając siły nieprzyjaciela oraz dezorganizując i niszcząc ośrodki dowodzenia i jego linie komunikacyjne. W odróżnieniu od Guderiana, Tuchaczewski popadł w niełaskę dyktatora i wiele z jego reform w Armii Czerwonej zostało zahamowanych, ale akurat o teorii głębokiej operacji powinno się nadal pamiętać w Europie…
Prostota jest najtrudniejsza
Przed wybuchem II wojny światowej jej poligonem doświadczalnym okazała się wojna domowa w Hiszpanii. I znowuż z pól bitewnych popłynęły dwa diametralnie różne przekazy: dla większości zachodnich specjalistów (z kilkoma wyjątkami, na przykład generała Charles'a de Gaulle'a) czołgi potwierdziły opinię o broni drogiej i nieskutecznej.
Natomiast Niemcy i Sowieci zaangażowani po dwóch przeciwnych stronach frontu, zarówno wojskowo, jak i materiałowo utwierdzili się w przekonaniu, że broń pancerna wymaga przede wszystkim świetnie wyszkolonych załóg i dowódców, którzy będą potrafili efektywnie użyć tego wrażliwego na awarie i zniszczenie sprzętu, a wtedy będą nie do powstrzymania. W tym przekonaniu utwierdzili ich… Włosi. To właśnie włoskie tankietki i czołgi w lutym 1936 roku przełamały błyskawicznie front pod Malagą i doprowadziły do zdobycia tego miasta i odwrotu znacznie liczniejszych (40 tys. żołnierzy) sił republikańskich.
Rok później, w marcu, włoskie oddziały pancerne i zmotoryzowane niemal nie odcięły Madrytu w bitwie pod Guadalajarą, w której po raz pierwszy na wielką skalę pojawił się sowiecki sprzęt i „doradcy” po stronie republikańskiej. Z tych włoskich doświadczeń oraz z własnych, zarówno Niemcy, jak i Sowieci wyciągnęli daleko idące wnioski.
II wojna światowa słusznie jest postrzegana jako ta, w której czołgi i broń pancerna były jednym z decydujących czynników pola walki. Po pierwszych ciosach zadanych przez niemieckich pancerniaków alianci tym razem bardzo szybko zrozumieli, jak efektywną i niezbędną do zwycięstwa bronią są czołgi. Doszło wtedy do wielkiej pancernej rywalizacji nie tylko na polach bitew, ale i taśmach produkcyjnych.
Niemcy produkowali coraz potężniejsze maszyny – Pantery, Tygrysy, Tygrysy Królewskie itd. – a alianci i Sowieci przede wszystkim Shermany i T-34, które nie dorównywały niemieckim maszynom, lecz miały jeden niezaprzeczalny atut – były szybsze i prostsze w produkcji, a więc wygrywały na froncie ilościowo. Alianccy pancerniacy mogli też liczyć na coraz potężniejsze wsparcie lotnicze. Ostatecznie więc III Rzesza przegrała ten wyścig z kretesem.
Merkawa Mk 3 z widocznym dodatkowym panelem pancerza po boku wieży. Merkawy stanowią dobitną odpowiedź Izraela na hasło o „końcu czołgów”. Fot. MathKnight/ Domena publiczna
Oby historia się nie powtórzyła
Zakończenie II wojny światowej nie przyniosło niestety wieczystego pokoju. Nie mogło go przynieść zwycięstwo totalitarnego Związku Sowieckiego, dla którego zajęcie połowy Europy i sporej części Azji oznaczało rywalizację z dotychczasowymi sojusznikami. Tym razem obie strony miały do dyspozycji potężną broń w postaci bomby atomowej i to w jej cieniu trwała tzw. zimna wojna, która na szczęście nie zmieniła się w gorącą i tą ostateczną.
Jednocześnie dochodziło do konfliktów lokalnych, w których obie strony angażowały wojska konwencjonalne – m.in. Korea, Wietnam, szereg wojen w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Wszędzie tam broń pancerna była obecna, ale to szczególnie starcia na Bliskim Wschodzie wywołały kolejną dyskusję o przydatności czołgów na polu walki. Wpierw izraelscy pancerniacy udowodnili swą wartość w wojnie sześciodniowej w 1967 roku. Po tym jak właściwie jedna izraelska brygada pancerna przy wsparciu lotnictwa doprowadziła do klęski armii egipskiej (ośmieszając przy okazji sowieckich „doradców” i ich sprzęt), kolejny raz potwierdziło się jak potężną i niebezpieczną bronią jest czołg.
Jednak kilka lat później, w październiku 1973 roku, doszło do nowego konfliktu arabsko-izraelskiego, w którym tym razem żołnierze koalicji egipsko-syryjskiej dysponowali potężną bronią przeciwko izraelskim czołgom i samolotom. Były to sowieckie przeciwpancerne pociski kierowane i pociski rakietowe ziemia–powietrze. Te ostatnie zatrzymały izraelskie lotnictwo, a te pierwsze dosłownie zdziesiątkowały izraelskie czołgi pozbawione osłony z powietrza. Już w pierwszym tygodniu wojny armia izraelska straciła 40 proc. swych czołgów!
Wtedy to znowu wybrzmiało hasło o końcu czołgów. Lecz jaka była odpowiedź Izraela na głosy malkontentów? Było nią wprowadzenie do służby czołgu Merkawa (Rydwan), wyposażonego w dodatkową broń zwalczania drużyn uzbrojonych w wyrzutnie pocisków kierowanych (m.in. moździerze), systemy osłonowe i nowoczesny pancerz. Zmieniono też taktykę walki, wzmacniając oddziały pancerne piechotą zmechanizowaną i artylerią. Nikt w armii izraelskiej przygotowywanej jednocześnie do działań ofensywnych, jak i obrony nie myślał ani nie myśli na poważnie o „końcu czołgów”, a Merkawy nadal są udoskonalane w wyniku kolejnych działań zbrojnych.
Natomiast na Zachodzie to hasło wciąż się pojawiało i pojawia. Na przykład było artykułowane po I wojnie w Zatoce Perskiej, kiedy to odniesiono wrażenie, że konflikt ten samodzielnie rozstrzygnęły siły powietrzne (zapominając przy tym o roli czołgów amerykańskiego VII Korpusu, które weszły głębokim łukiem na tyły nieprzyjaciela, niszcząc siły irackie wycofujące się z Kuwejtu).
Dziś, przy okazji wojny rosyjsko-ukraińskiej, znowu podniosła się dyskusja o przydatności czołgów na froncie. Obecnie czołgi mają być całkowicie wyeliminowane przez drony. Internet pełen jest filmów, na których widać jak bezzałogowce sieją zniszczenie w pancernych kolumnach, przeważnie rosyjskich. I za każdym razem pojawia się argument: „Zobaczcie, dron za kilka dolarów niszczy maszynę wartą miliony dolarów – po co więc tak marnować pieniądze?!”. Te opinie zdają się podzielać też poważne media opiniotwórcze, podkreślające, że teraz czołgi w Ukrainie, jeśli już wyjeżdżają z ukrycia, to jako „traktory” do holowania sprzętu lub wozy ewakuacyjne.
W całej tej dyskusji jednak zapomina się o tym, że jak na razie ta wojna toczy się przede wszystkim na wschodzie Ukrainy, bardziej zurbanizowanej i niedogodnej do szerokiego rozwinięcia wojsk pancernych. Zaczyna się również pojawiać sprzęt coraz bardziej odporny na ataki dronów. Ukraińcy na przykład bardzo udanie przetestowali szwedzkie Stridsvagn 122 (zmodernizowane Leopardy 2) o wzmocnionym górnym pancerzu na wypadek ataków rakietowych.
To, że obecnie obie strony nie odkrywają pancernej karty, wcale nie oznacza, że nie będzie ona decydująca w przyszłości. Co wtedy, jeśli lądowe działania wojenne przeniosą się na zachód Ukrainy, gdzie jest przestrzeń do rozwinięcia pancernej ofensywy? Nagle może się okazać, że armia rosyjska powróci do teorii głębokiej operacji i rzuci swe pancerne zagony do kilku natarć, osłanianych przez lotnictwo. W takim wypadku dobrze mieć do dyspozycji pancerne brygady wyposażone w nowoczesne Abramsy, K-2 i Leopardy, by natychmiast stworzyć prócz tarczy przeciwlotniczej – tarczę pancerną.
Warto pamiętać, że w armii rosyjskiej, tej carskiej, tej czerwonej i tej obecnej zawsze najważniejszą bronią była i jest artyleria, a główną bronią czołgu czy działa pancernego pozostaje armata. Na koniec zacytujmy zdanie wybitnego historyka i teoretyka wojskowości, pułkownika doktora Davida E. Johnsona: „Czołgi są jak smokingi. Nie potrzebujesz ich zbyt często, ale kiedy już są niezbędne, nic innego ci nie pomoże”.
autor zdjęć: NAC, Domena publiczna

komentarze