Odrodzenie Państwa Islamskiego i Al-Kaidy, kolejne przewroty wojskowe, wojny domowe, rywalizacja mocarstw o zasoby i wpływy na kontynencie, sieci rekruterów werbujących ochotników na wojnę w Ukrainie – tak wygląda dziś znaczna część Afryki, szczególnie region Sahelu. Pogłębiający się chaos, oprócz oczywistych konsekwencji humanitarnych na miejscu, oddziałuje również na inne części świata, w tym na Europę.
Pod koniec stycznia w Nigrze doszło do ataku bojowników Państwa Islamskiego na lotnisko w Niamey, stolicy kraju, i leżącą na jego terenie bazę wojskową. Szturm poprzedziły uderzenia dronów – taktyka użycia bezzałogowców, rozwinięta podczas wojny w Ukrainie, upowszechniła się już bowiem wśród ugrupowań terrorystycznych, partyzanckich i dżihadystycznych.
Na terenie bazy oprócz nigerskich sił zbrojnych przebywali też żołnierze włoskiej misji wojskowej, a w odpieraniu ataku uczestniczyli również Rosjanie z Korpusu Afrykańskiego – rosyjskiej formacji ekspedycyjnej, która w wielu krajach kontynentu zastąpiła Grupę Wagnera. Sam atak wywołał międzynarodowe zaniepokojenie nie tylko ze względu na niespotykaną skalę, lecz także fakt, że na terenie lotniska znajdował się akurat złożony z kilkudziesięciu ciężarówek konwój radioaktywnego uranu z kopalni w Arlit. Transport – przeznaczony prawdopodobnie na eksport – utknął w Niamey z powodu niestabilnej sytuacji bezpieczeństwa na trasie do portów nad Zatoką Gwinejską.
Atak na lotnisko w Niamey może służyć jako doskonały symbol sytuacji w regionie Sahelu: islamistyczne rebelie, obecność zagranicznych wojsk, szybkie rozprzestrzenianie się nowych technologii wojskowych oraz rywalizacja o strategiczne surowce. Cały region, rozciągający się od Atlantyku po Morze Czerwone, stał się dziś areną nakładających się konfliktów zbrojnych, rywalizacji mocarstw, kryzysów politycznych i ekspansji dżihadu.
Zachodnia część regionu jest destabilizowana przez działalność struktur Państwa Islamskiego oraz Al-Kaidy i ich lokalnych afiliacji. Organizacje te – pokonane i zmarginalizowane na Bliskim Wschodzie – w Afryce nadal pozostają aktywne, a nawet rozwijają się i wzmacniają swoją pozycję.
Państwo Islamskie w Afryce liczy, według szacunków, kilkanaście tysięcy bojowników i jest zdolne prowadzić operacje w całej niemal Afryce Zachodniej. Ani zachodnie misje wojskowe, ani obecność rosyjskich instruktorów i żołnierzy Korpusu Afrykańskiego nie zdołały dotąd trwale zahamować jego ekspansji.
Podobnie wygląda sytuacja z Al-Kaidą, działającą w regionie Sahelu poprzez ugrupowanie Jama’at Nusrat al-Islam wal-Muslimin (JNIM). Organizacja ta operuje głównie na terytorium Mali, Burkina Faso i Nigru – państw tworzących tzw. Sojusz Państw Sahelu (AES) i blisko współpracujących z Rosją. W samym Mali bojownicy JNIM, mimo obecności dużego kontyngentu Korpusu Afrykańskiego, przez wiele miesięcy prowadzili blokadę dostaw paliwa dla stolicy i innych dużych miast, powodując poważny kryzys paliwowy.
Wykorzystując niezdolność Rosji do zapewnienia stabilności w państwach AES, zarówno Stany Zjednoczone, jak i Francja – jeszcze niedawno zmuszone do wycofania swoich wojsk z tych krajów – próbują odbudowywać tam swoje wpływy, oferując wsparcie w dziedzinie bezpieczeństwa. Spotyka się to z ostrą reakcją Kremla, który oskarża Zachód o neokolonializm i wspieranie ugrupowań terrorystycznych.
W centralnej części Sahelu resztki Grupy Wagnera, zmarginalizowanej po buncie Prigożyna, utrzymują swój ostatni przyczółek w Republice Środkowoafrykańskiej. Zapewniają ochronę prezydentowi Faustinowi-Archange’owi Touadérze, szkolą siły zbrojne kraju i wspierają je w walce z licznymi ugrupowaniami rebelianckimi, w zamian czerpiąc zyski z dostępu do lokalnych zasobów naturalnych.
Obywatele krajów europejskich na zewnątrz międzynarodowego lotniska Diori Hamani w Niamey, tydzień po tym, jak zamach stanu obalił jednego z ostatnich prozachodnich przywódców w nękanym dżihadem Sahelu, 2023 r.
Na wschodnich obrzeżach Sahelu rośnie napięcie między Erytreą a Etiopią, a oba kraje znajdują się na krawędzi otwartego konfliktu. W sąsiednim Sudanie trwa natomiast kolejna odsłona wojny domowej, toczonej z przerwami od kilkudziesięciu lat, pochłonęła setki tysięcy ofiar, a miliony ludzi zmusiła do ucieczki. Obie strony konfliktu wspierane są przez zagranicznych aktorów: rebelianci przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, Etiopię i Libię, a strona rządowa przez Egipt, Arabię Saudyjską, Turcję czy Rosję.
Tak chaotyczna sytuacja bezpieczeństwa w regionie obejmującym kilkanaście państw o łącznej powierzchni ponad dziesięciu milionów kilometrów kwadratowych i zamieszkanych przez kilkaset milionów ludzi nie może pozostawać bez wpływu na resztę świata. Brutalne wojny i wywołane nimi kryzysy humanitarne powodują zwiększoną presję migracyjną na Europę. W tym i na Polskę, bo część z uchodźców, szukając bezpieczeństwa, ulec może zachętom grup przestępczych oferujących drogę do Europy przez naszą granicę z Białorusią. Wśród nich mogą znajdować się również osoby powiązane z ugrupowaniami ekstremistycznymi, coraz częściej dysponujące doświadczeniem w użyciu do działalności terrorystycznej nowych technologii – w tym dronów.
Chaos w regionie wykorzystuje również Rosja, sprzedając pogrążonym w wojnach afrykańskim krajom uzbrojenie oraz oferując pomoc instruktorów i najemników w zamian za korzyści polityczne i dostęp do surowców naturalnych. W obliczu ogromnych strat w Ukrainie Kreml intensyfikuje też rekrutację ochotników i najemników w państwach afrykańskich. Zarówno w mediach społecznościowych, jak i na miejscu działają całe sieci werbowników kuszących ochotników do służby w rosyjskiej armii obietnicami dużych pieniędzy lub przyciągając fałszywymi obietnicami cywilnej pracy.
Nic nie wskazuje na to, by sytuacja w Sahelu miała się ustabilizować. Region pozostanie w przewidywalnej przyszłości jednym z głównych ognisk niestabilności na świecie. A konsekwencje chaosu – od migracji po zagrożenia terrorystyczne i geopolityczne – coraz częściej odczuwalne będą również na naszym kontynencie.
autor zdjęć: JONATHAN SARAGO/ AFP/ East News

komentarze