Sierż. sztab. Michael Ollis, który w 2013 roku w Afganistanie osłonił własnym ciałem polskiego oficera, zostanie pośmiertnie uhonorowany Medalem Honoru – najwyższym amerykańskim odznaczeniem wojskowym. Decyzję o przyznaniu medalu zatwierdził w imieniu Kongresu prezydent USA Donald Trump, finalizując wieloletnie starania rodziny i środowiska weteranów.
Tym samym czyn Ollisa, uznany już wcześniej za wyjątkowy akt odwagi, został formalnie zaliczony do najwyższej kategorii bohaterstwa w amerykańskich siłach zbrojnych.
Dotychczas żołnierz 10 Dywizji Górskiej został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wybitnej Służby (Distinguished Service Cross), drugim w hierarchii odznaczeń bojowych USA. Od lat środowiska weteranów oraz rodzina poległego wskazywały jednak, że okoliczności jego śmierci – świadome osłonięcie własnym ciałem sojuszniczego oficera w chwili bezpośredniego zagrożenia – spełniają kryteria, według których przyznawany jest Medal Honoru.
Natychmiastowa decyzja
28 sierpnia 2013 roku talibowie przeprowadzili atak na bazę w Ghazni, gdzie służbę pełnili żołnierze sił koalicyjnych, w tym Amerykanie i Polacy. Napastnicy użyli ładunków wybuchowych, próbując sforsować zabezpieczenia bazy. Jedna z eksplozji nastąpiła w bezpośrednim sąsiedztwie żołnierzy pełniących służbę ochronną, doprowadzając do ofiar i natychmiastowego zagrożenia dla znajdujących się tam wojskowych.
Wśród nich byli sierż. sztab. Michael Ollis oraz polski oficer, ppor. Karol Cierpica. Gdy doszło do wybuchu, Ollis znajdował się najbliżej polskiego żołnierza. W chwili eksplozji osłonił go własnym ciałem, przyjmując na siebie główną siłę wybuchu i odłamki. Zginął na miejscu. Cierpica odniósł obrażenia, lecz przeżył.
Według późniejszych ustaleń i relacji świadków Ollis działał błyskawicznie, bez komend i bez możliwości odwrotu. Był to instynktowny, ale w pełni świadomy odruch żołnierza, który w sytuacji skrajnego zagrożenia uznał ochronę sojusznika za priorytet. To właśnie ta krótka sekwencja zdarzeń stała się kluczowym argumentem w procedurze prowadzącej do przyznania Medalu Honoru.
„(…) Ta historia to symbol nierozerwalnej więzi, która łączy Polskę i Stany Zjednoczone. Nasze narody służą ramię w ramię, broniąc wspólnych wartości, wolności i demokracji. Bohaterstwo sierżanta Ollisa przypomina, że sojusz Polski i USA to nie tylko słowa, ale przede wszystkim gotowość do najwyższych poświęceń. Cześć Jego pamięci!” – napisał dziś w mediach społecznościowych wicepremier, minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz.
Najwyższy standard etosu
Michael Ollis był żołnierzem zawodowym, podoficerem z doświadczeniem bojowym. Do wojska wstąpił jako bardzo młody człowiek, wybierając formację lekkiej piechoty, co od początku oznaczało intensywne szkolenie i duże tempo służby. Afganistan nie był jego pierwszą misją zagraniczną, nie tam też po raz pierwszy zetknął się z realnym zagrożeniem. Wcześniej brał udział w działaniach bojowych w Iraku. Przełożeni zwracali uwagę, że Ollis dobrze odnajdywał się w takich warunkach jako „stabilny punkt zespołu”.
W dokumentach personalnych oraz we wspomnieniach kolegów z jednostki przewija się obraz podoficera, który rozumiał swoją rolę nie tylko jako wykonawcy rozkazów, lecz także jako osoby odpowiedzialnej za bezpieczeństwo innych. Nie szukał konfrontacji i okazji do wykazania się, ale w sytuacjach napięcia potrafił zachować spokój i porządek działania. Tego typu cechy – konsekwencja, opanowanie, przewidywalność – były kluczowe w jednostkach wykonujących zadania ochronne i osłonowe.
Ten kontekst pozwala lepiej zrozumieć wydarzenia w Ghazni. Decyzja, którą podjął w ułamku sekundy, nie była odstępstwem od dotychczasowej postawy ani jednorazowym zrywem. Wpisywała się w sposób pełnienia służby, jaki prezentował wcześniej – oparty na odpowiedzialności za innych żołnierzy, niezależnie od narodowości czy stopnia. Dlatego już krótko po jego śmierci w ocenach służbowych i raportach pojawiła się jednoznaczna konkluzja, że zachowanie Ollisa odpowiadało najwyższym standardom żołnierskiego etosu.
Robert Ollis, ojciec sierżanta sztabowego Michaela Ollisa, oraz Kimberly Loschiavo, siostra sierżanta sztabowego Michaela Ollisa, odbierają pośmiertnie przyznany Krzyż za Wybitną Służbę z rąk generała Jamesa C. McConville’a w 2019r.
Trwałe konsekwencje
Dla por. Karola Cierpicy wydarzenia z Ghazni nie zakończyły się wraz z ewakuacją z Afganistanu. Polak przeżył atak, ale od pierwszych chwil miał świadomość, że zawdzięcza życie amerykańskiemu podoficerowi. Ta wiedza stała się punktem odniesienia dla jego dalszego życia – osobistego i zawodowego – i z czasem połączyła dwie rodziny po obu stronach Atlantyku.
Kontakt między Cierpicą a rodziną Michaela Ollisa został nawiązany stosunkowo szybko. Spotkania, rozmowy i wspólne uroczystości nie miały charakteru oficjalnego gestu dyplomatycznego, lecz wynikały z potrzeby nadania sensu tragedii, która dla jednych oznaczała stratę syna, a dla drugich – ocalenie życia. Z czasem relacja ta przekształciła się w trwałą więź. Jednym z najbardziej osobistych gestów była decyzja dziś już kpt. Karola Cierpicy, by jego syn nosił imię Michael. Polski oficer wielokrotnie podkreślał w rozmowach z mediami, że nie postrzega swojego ocalenia w kategoriach „cudu”, lecz konsekwencji konkretnego czynu konkretnego człowieka. W jego relacjach Ollis nie występuje jako legenda czy abstrakcyjny bohater, lecz jako żołnierz, który w decydującym momencie zrobił to, co uznał za słuszne.
Ta perspektywa była również ważna dla rodziny poległego Amerykanina. Spotkania z uratowanym polskim oficerem pozwalały im zobaczyć realny wymiar ofiary syna – nie tylko w wojskowych dokumentach i ceremoniach, lecz w dalszym życiu drugiego człowieka. Z czasem relacja ta stała się jednym z argumentów przywoływanych w staraniach o najwyższe odznaczenie, pokazywała bowiem, że czyn Ollisa miał trwałe, konkretne konsekwencje wykraczające daleko poza pole walki.
Kolejne szczeble administracji
Choć armia stosunkowo szybko przyznała Ollisowi Krzyż Wybitnej Służby, rodzice poległego żołnierza od początku uważali, że jego czyn w Ghazni zasługuje na najwyższe amerykańskie odznaczenie bojowe. Nie prowadzili publicznej kampanii ani nie zabiegali o medialny rozgłos. Ich starania miały charakter długiego, formalnego postępowania, opartego na gromadzeniu dokumentacji i zeznań świadków oraz na przestrzeganiu obowiązujących procedur wojskowych.
W kolejnych latach rodzina, wspierana przez środowiska weteranów oraz byłych przełożonych Ollisa, zabiegała o ponowną ocenę materiału dowodowego. Kluczowe znaczenie miały raporty z miejsca zdarzenia oraz spójne zeznania żołnierzy, którzy byli bezpośrednimi świadkami ataku. Wskazywały one jednoznacznie, że Ollis świadomie naraził własne życie, by ratować innego żołnierza, nie mając żadnego obowiązku wynikającego z rozkazu.
Procedura ponownej oceny czynu w amerykańskim systemie wojskowym jest skomplikowana i wieloetapowa. Wymaga wielokrotnej weryfikacji, opinii dowódców, historyków wojskowości oraz prawników Departamentu Obrony (obecnie Departament Wojny). W tym przypadku trwała latami, a jej tempo dodatkowo spowalniało to, że sprawa dotyczyła zdarzeń bojowych z udziałem żołnierzy sojuszniczych. Ostateczna rekomendacja musiała przejść przez kolejne szczeble administracji, zanim trafiła na biurko prezydenta.
Zauważona i zapamiętana
Historia Michaela Ollisa znalazła też oddźwięk po polskiej stronie. Jednym z dowodów na to było pośmiertne przyznanie poległemu Złotego Medalu Wojska Polskiego. Odznaczenie to nadawane jest cudzoziemcom za szczególne zasługi dla Sił Zbrojnych RP i w tym przypadku stanowiło jednoznaczny sygnał, że czyn amerykańskiego żołnierza został uznany za element polskiej historii misji w Afganistanie. Był to gest państwowy, ale jednocześnie głęboko osobisty w swoim znaczeniu.
Równolegle pojawiły się formy trwałego upamiętnienia. W Camp Kościuszko w Poznaniu – miejscu wspólnej służby żołnierzy polskich i amerykańskich – jego imię nadano stołówce. W ten sposób nazwisko Ollisa zostało wpisane w codzienność służby, a nie wyłącznie w ceremonialny wymiar pamięci.
Rodzina poległego żołnierza była wielokrotnie zapraszana do Polski, uczestniczyła w uroczystościach wojskowych i spotkaniach z żołnierzami Wojska Polskiego. Wizyty te miały szczególny charakter: nie były jedynie gestem dyplomatycznym, lecz formą osobistego podziękowania i potwierdzeniem, że ofiara Michaela Ollisa została w Polsce zauważona i zapamiętana.
Czyny o wysokiej skali ryzyka
Medal Honoru jest najwyższym odznaczeniem wojskowym Stanów Zjednoczonych, przyznawanym za czyny wyjątkowego bohaterstwa dokonane w warunkach bojowych. Medal nadawany jest „w imieniu Kongresu” przez prezydenta USA żołnierzom, którzy wykazali się „widoczną odwagą i nieustraszonością, narażając własne życie ponad i poza obowiązek służby”. Kryteria jego przyznania są znacznie ostrzejsze niż w przypadku jakiegokolwiek innego amerykańskiego odznaczenia bojowego.
W praktyce oznacza to, że Medal Honoru trafia wyłącznie do żołnierzy, których czyny zostały jednoznacznie potwierdzone przez świadków, dokumentację operacyjną i wielostopniową analizę dowódczą. Kluczowym elementem jest świadome, dobrowolne narażenie życia w sytuacji bezpośredniego zagrożenia, bez obowiązku wynikającego z rozkazu. Procedura przyznania medalu może trwać latami i obejmuje kolejne szczeble dowodzenia, Departament Wojny oraz specjalne komisje oceniające zgodność czynu z restrykcyjną definicją odznaczenia.
Od ustanowienia Medalu Honoru w czasie wojny secesyjnej przyznano go łącznie niespełna 3,6 tys. razy. Znaczna część tych nadań miała charakter pośmiertny, co odzwierciedla skalę ryzyka, jakie wiąże się z czynami spełniającymi kryteria odznaczenia.
autor zdjęć: U.S. Army

komentarze