Na poligonie we wschodniej Polsce obserwowaliśmy szkolenie ukraińskich żołnierzy w ramach unijnej misji EUMAM. – My też uczymy się od Ukraińców – przyznaje gen. dyw. Piotr Fajkowski, dowódca 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, i wskazuje, że doświadczenia z frontu wpływają na rozwój zachodnich doktryn i metod szkolenia.
Dron zawisł nad drzewami, a obraz z jego kamery termowizyjnej szybko ujawnia wyraźny ślad ciepła. Ktoś przykrył się płachtą, ale zrobił to niedokładnie. Materiał przylgnął do ciała, po kilkunastu sekundach się nagrzał i w termowizji zaczął świecić jak latarnia. – Brak odstępu to podstawowy błąd – mówi instruktor, objaśniając zasady kamuflażu termicznego. – Jeśli materiał styka się z ciałem, ciepło przechodzi bezpośrednio i szybko wyrównuje temperaturę. Dlatego między ciałem a pierwszą warstwą maskowania musi być przestrzeń – najlepiej kilkanaście centymetrów powietrza, które działa jak izolator – wyjaśnia podoficer. Jak podkreśla, najlepiej w ogóle wkopać się w ziemię – grunt stabilizuje temperaturę i ogranicza emisję ciepła na zewnątrz. Dopiero nad takim zagłębieniem należy stworzyć kolejne warstwy: przestrzeń powietrzną, potem warstwę izolacyjną, a na końcu płachtę termiczną i maskowanie.
Na ekranie widać, że jedno stanowisko ma zbyt regularny kształt – niemal prostokąt, który odcina się od tła. Inne zdradza cień, który wraz z przesuwającym się słońcem zaczyna układać się nienaturalnie. Kolejne demaskuje kolor – świeżo ścięte gałęzie są jaśniejsze niż otoczenie. – Dron dojrzy wszystko – mówi po polsku instruktor, a tłumaczka przekłada jego słowa na ukraiński. – Temperaturę, kształt, kontrast, cień. Nie maskujesz się przed jednym sensorem, tylko przed całym ich zestawem.
Ćwiczenia dla ukraińskiej kompanii odbywają się w południe, kiedy las jest już nagrzany. Wtedy najlepiej widać, jak stanowisko zaczyna „pracować” w termowizji. Rano łatwiej byłoby się ukryć, wieczorem też. W środku dnia błędy w maskowaniu wychodzą natychmiast. Okazuje się, że grupa, która korzystała wyłącznie z naturalnych materiałów, wypada lepiej. Jej stanowiska są nieregularne, „rozlane” w terenie, trudniejsze do uchwycenia. Ale i tam pojawiają się ślady – naruszona ściółka, źle dobrane elementy roślinności, zbyt oczywiste linie. – Nie bierzesz materiału spod nóg, bo zostawiasz ślad – pada kolejna uwaga szkolącego. – Trzeba go przynieść z innego miejsca – instruuje podoficer. Wszystkie jego zalecenia oznaczają jedno: nie wystarczy się ukryć, trzeba cały czas kontrolować otoczenie, reagować na zmianę światła i temperatury. Na poligonie w Polsce za źle wykonane stanowisko grozi reprymenda, na froncie w Ukrainie to kwestia życia i śmierci.
Realia frontu i poligonu
Szkolenia dla ukraińskich żołnierzy są organizowane w Polsce od jesieni 2022 roku – i wciąż się zmieniają. – Skuteczność wielu rozwiązań ma dziś ograniczony „termin ważności” – zastrzega gen. dyw. Piotr Fajkowski, dowódca 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, na której spoczywa główny ciężar organizacji ćwiczeń dla Sił Zbrojnych Ukrainy (choć w prowadzenie zajęć są zaangażowani instruktorzy z różnych jednostek).
– To, co działa na froncie teraz, za miesiąc może być już bezużyteczne. Naszym zadaniem jest nadążać za tymi zmianami, żeby nie szkolić żołnierzy na darmo – dodaje. Wytyczne przychodzą z Ukrainy – to tamtejszy sztab generalny odpowiada za aktualizację programów na bazie wniosków z działań bojowych. Trafiają one do instruktorów, którzy modyfikują scenariusze zajęć i wprowadzają do nich nowe elementy. – Bywa, że jeden kurs odbywa się według wcześniejszej wersji programu, a kolejny już według nowej – przyznaje generał. Obecnie obowiązuje szósta edycja programu szkolenia podstawowego, a siódma jest już testowana w Ukrainie i będzie wdrażana w kolejnych edycjach.
Ale szkolenie w Polsce ma też pewne ograniczenia. Nie wszystko da się odtworzyć w warunkach poligonu – masowe ataki dronów czy nawały artyleryjskie trzeba symulować przy użyciu środków ćwiczebnych, na przykład petard. Z drugiej strony poligony w Polsce (i w innych europejskich krajach, gdzie odbywają się szkolenia) oferują coś, czego w Ukrainie brakuje: bezpieczeństwo i ciągłość. – Tam zajęcia są przerywane przez alarmy i ataki, tu można przepracować cały cykl bez przerw – wyjaśnia gen. Fajkowski.
Ma to znaczenie szczególnie na początku. Wielu szkolonych to poborowi, którzy wcześniej nie mieli kontaktu z wojskiem. Najpierw uczą się zatem najprostszych rzeczy – reagowania na komendy, współdziałania w grupie. Dopiero potem dochodzi taktyka, medycyna i działania w większych zespołach. Jeśli szkolenie odbywa się we względnym komforcie, łatwiej im przyswoić nowe kompetencje i zbudować właściwe nawyki.
Zrozumieć, co się robi
Ukraiński pluton rozwija się na odcinku prowadzącym do kill house’u (służy do trenowania walki w bliskim kontakcie). Inna grupa właśnie opuściła obiekt i schodzi do lasu. Rotacja trwa bez przerwy. Cykl szkoleniowy dobiega końca – trwają testy wszystkich pododdziałów trzykompanijnego kontyngentu. – To moment, w którym nie sprawdzamy poszczególnych umiejętności, tylko całość: planowanie, przemieszczanie się, reakcję na kontakt ogniowy – podkreśla instruktor z 6 Brygady Powietrznodesantowej. Ukraińscy dowódcy dostają zadanie zdobycia kill house’u i mają kilka minut na przygotowanie. Reszta zależy od nich. Decydują o kierunku podejścia, podziale sił, wykorzystaniu terenu i środków wsparcia. Instruktorzy nie ingerują – obserwują. – Pierwotnie chcieliśmy, by realizowali to zadanie w sile drużyny, ale Ukraińcy od razu weszli na poziom plutonu. Tak działają na froncie i przenieśli tę praktykę tutaj – mówi nasz rozmówca.
Nad obiektem pojawia się dron – ten został wysłany przez oceniających. Śledzi ruchy plutonu, wychwytuje błędy w ubezpieczeniu, pokazuje, gdzie kolumna się rozciąga, gdzie ktoś wychodzi za bardzo w odkryty teren. – To nasze oko. Bez tego nie bylibyśmy w stanie zobaczyć połowy rzeczy istotnych na etapie oceny – tłumaczy ukraiński operator drona pracujący z polskimi instruktorami. Kiedy pluton zbliża się do celu, operator wchodzi z nim w kontakt – symuluje przeciwnika, zmusza do zmiany kierunku, przyspieszenia lub zatrzymania. – Sprawdzamy reakcję żołnierzy. Czy potrafią się przegrupować, czy zachowują kontrolę nad sytuacją – wyjaśnia instruktor z 6 BPD.
W innym scenariuszu – szturmu na okopy – to atakujący Ukraińcy wykorzystują bezzałogowiec. Operator – dołączony do rekrutów doświadczony frontowiec – przekazuje informacje o przeciwniku, wskazuje kierunki podejścia, „czyści” teren przed grupą szturmową. – W tym są naprawdę dobrzy. To jeden z obszarów, gdzie my uczymy się od nich – przyznaje kolejny instruktor, również spadochroniarz. Sposób działania Ukraińców odbiega od klasycznych schematów. Mniej działania w zwartym szyku, więcej w rozproszeniu, krótsze skoki, częstsze zatrzymania. – Na froncie wszystko obserwuje przeciwnik, więc nie można długo pozostawać w jednym miejscu – wyjaśnia nasz rozmówca. Gdy zaczyna się pozorowany atak, ogień przyciąga uwagę obrońców, w których rolę wcielają się polscy żołnierze. W tym czasie druga grupa Ukraińców podchodzi z boku, wykorzystując teren i moment zamieszania. – To już nie jest odtwarzanie schematu. Tu trzeba myśleć – komentuje instruktor.
Po zajęciu obiektu żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy nie zatrzymują się – natychmiast przechodzą do organizacji obrony. – Najważniejsze, że oni zaczynają rozumieć, co robią – mówi dowódca zespołu instruktorów z 6 BPD, oficer w stopniu majora. – Na początku widać było, że nie do końca wiedzą, po co tu są. Teraz to się zmienia. Zaczynają być żołnierzami – dodaje.
Rozważania o nieuchronnym
Podczas jednego z ćwiczeń żołnierze trafiają do okopów, które mają jak najwierniej oddać realia pola walki. Unosi się w nich dokuczliwy, słodkawy zapach – wzdłuż ścian leżą rozkładające się fragmenty zwierzęcego mięsa, rozrzucone kilka dni wcześniej. Mimo dyskomfortu żołnierze nie mogą sobie pozwolić na chwilę słabości – muszą działać. Wcześniej zaliczyli inny test – nad ich stanowiskami przejechał czołg, który następnie należało obrzucić granatami. Oba wyzwania to elementy tzw. toru psychologicznego – odcinka, który ma wywołać stres, dezorientację i obrzydzenie. – Jeśli ktoś się na froncie zawiesi, stanie w miejscu, to zginie – tłumaczy zasadność takich ćwiczeń ukraiński oficer łącznikowy. – A to i tak tylko podstawy… – podkreśla major ZSU, weteran walk w Donbasie. W jego słowach pobrzmiewa świadomość tego, co czeka szkolonych.
Nie on jeden mierzy się z myślą o tym, co nieuniknione. – Wiesz, że nie wszyscy z nich wrócą do domu – i to jest najgorsze – przyznaje tłumaczka, Ukrainka od lat mieszkająca w Polsce. Kobieta pracuje przy szkoleniach dla żołnierzy ZSU od roku. Stara się, by każdy z nich zrozumiał polecenie, nie popełnił błędu tylko dlatego, że coś zostało źle wyjaśnione. Skupienie się na właściwym tłumaczeniu pomaga, ale złych myśli nie sposób definitywnie odegnać. – Żołnierze są różni. Jedni przyszli dobrowolnie, inni są z poboru. Jedni wciąż o wszystko pytają, inni milczą. Ale po kilku tygodniach różnice się zacierają. Chłopcy chcą nauczyć się jak najwięcej, bo dociera do nich, że od tej wiedzy zależy ich życie – relacjonuje tłumaczka. Gdy rozmawiamy, obok odpoczywa grupa ukraińskich żołnierzy. Ktoś się śmieje, ktoś przysypia. Za kilka dni kończą turnus w Polsce, za kilka tygodni wyjadą na front.
Z dala od frontu
Szkolenia ukraińskich żołnierzy odbywają się w ramach misji EUMAM Ukraine (European Union Military Assistance Mission), powołanej w 2022 roku w odpowiedzi na rosyjską agresję. Dowództwo, czyli Combined Arms Training Command z siedzibą w Żaganiu, odpowiada za przygotowanie od poziomu indywidualnego po batalion, w tym także sztabów i specjalistów. W ramach CAT-C zrealizowano dotąd blisko 300 modułów szkoleniowych, w których przeszkolono ponad 22 tys. ukraińskich żołnierzy. W misji uczestniczy kilkanaście państw, a szkolenia są prowadzone w wielu lokalizacjach w Europie.
autor zdjęć: CAT-C/ 11 DKPanc

komentarze