Ponad 32 tysiące żołnierzy z 14 państw, działania na morzu, lądzie, w powietrzu i cyberprzestrzeni – ćwiczenia „Cold Response ‘26” stanowiły najmocniejszy jak dotąd akcent natowskiej operacji „Arctic Sentry”. Sojusz po raz kolejny udowodnił, że wbrew obawom formułowanym przez USA nie spuszcza z oka Dalekiej Północy. Bo obecność w tym rejonie świata zawsze leżała w jego żywotnym interesie.
„Cold Response” nie jest przedsięwzięciem nowym. Jego historia sięga początków XXI wieku, a same ćwiczenia zwykle gromadzą przynajmniej kilkanaście tysięcy żołnierzy i charakteryzują się rozbudowanym scenariuszem. Jednak tegoroczna edycja pod wieloma względami była wyjątkowa. Kontekstem dla niej stał się jeden z najgłębszych kryzysów w historii NATO.
Ledwie kilka miesięcy temu Amerykanie otwarcie zażądali, by Dania przekazała im kontrolę nad zależną od siebie Grenlandią. Powód? Według prezydenta Donalda Trumpa europejscy członkowie Sojuszu nie wykazują dostatecznie dużej troski o Arktykę. Tymczasem militarne i gospodarcze znaczenie tego regionu stale rośnie. Co więcej, na Dalekiej Północy coraz mocniej rozpychają się Rosja i Chiny, które łakomym okiem spoglądają na tamtejsze surowce i bardziej niż kiedykolwiek dostępne szlaki żeglugowe.
Grenlandzki kryzys ostatecznie udało się zażegnać. A żeby uspokoić Trumpa, NATO zdecydowało się aktywować operację „Arctic Sentry”. Polega ona na wzmocnieniu wojskowej obecności w tym rejonie świata. Innymi słowy, Sojusz zamierza organizować w Arktyce więcej patroli i ćwiczeń. I właśnie w pakiet powiązanych z operacją działań zostały wpisane „Cold Response ‘26”.
Manewry przyciągnęły 32 tysiące żołnierzy z 14 państw. Uczestnicy realizowali zadania nie tylko w Norwegii, lecz także na północnych rubieżach Finlandii. Scenariusz zakładał przeprowadzenie wielodomenowej operacji obronnej, w którą oprócz wojsk lądowych i specjalnych, zaangażowane zostały marynarka wojenna, siły powietrze i pododdziały odpowiedzialne za cyberbezpieczeństwo.
Ważną rolę do odegrania miały również instytucje cywilne i obrona terytorialna. Całość działań koordynowało norwesko-amerykańskie dowództwo z siedzibą w Reitan. Sprawdzian wypadł okazale i nie zmienił tego nawet fakt wycofania z ćwiczeń znaczącej części amerykańskich F-35, które trzeba było przekierować do działań przeciw Iranowi. Dowód? Reakcja Kremla. Zanim jeszcze manewry dobiegły końca, Rosjanie obwieścili, że działania NATO przyczyniają się… do podniesienia napięcia na Dalekiej Północy.
„Cold Response” bez wątpienia było najmocniejszą jak dotąd odsłoną „Arctic Sentry”. Nie jedyną wszakże. Wystarczy wspomnieć trwającą od początku roku operację „Arctic Endurance”, w ramach której na Grenlandię zostali przerzuceni żołnierze z kilku państw, okręty duńskiej marynarki wojennej zaś monitorowały szlaki wokół wyspy wespół z francuską fregatą FS „Bretagne”.
Mocnym akcentem stało się także rozmieszczenie na Islandii sześciu myśliwców Gripen należących do sił powietrznych Szwecji. Tym samym tamtejsza armia po raz pierwszy w historii dołączyła do natowskiej misji „Icelandic Air Policing”. Piloci Gripenów strzegą przestrzeni powietrznej na Dalekiej Północy, współpracując z duńskimi myśliwcami F-35 i niemieckimi Eurofighterami. Do tego na ogromnych połaciach Oceanu Arktycznego coraz częściej można też spotkać natowskie okręty.
„Arctic Sentry” rozpoczęło się więc z przytupem. Samą operację trudno jednak uznać za wielki przełom. Zmiana w podejściu do Arktyki następowała bowiem stopniowo co najmniej od kilku, jeśli nie kilkunastu lat. Jeszcze przed aktywowaniem wspomnianego przedsięwzięcia NATO starało się mocno akcentować swoją obecność na Dalekiej Północy. Wspomniana misja „Air Policing” na Islandii prowadzona jest na przykład od 2008 roku.
Na północny Atlantyk regularnie zapuszczał się też choćby SNMG-1, stały natowski zespół fregat i niszczycieli, który miał baczenie na strategiczny rejon zwany GIUK. Skrót wywodzi się od słów Greenland-Iceland-United Kingdom, a sam obszar obejmuje akweny pomiędzy tymi państwami. To właśnie przez GIUK wiedzie najkrótsza trasa morska pomiędzy Rosją, zachodnią Europą a Ameryką Północną. Co znamienne, kiedy sekretarz generalny NATO ogłaszał rozpoczęcie nowej operacji, u wybrzeży Norwegii trwały zakrojone na dużą skalę ćwiczenia „Arctic Dolphin”. Cel: zwalczanie okrętów podwodnych.
Oczywiście zaangażowanie NATO w Arktyce narastało stopniowo. Część ekspertów wskazywała nawet, że nie jest wystarczające, a Sojuszowi brakuje spójnej strategii związanej z tym regionem świata. Trudno jednak powiedzieć, że Sojusz Daleką Północ ignorował. Zwłaszcza po akcesji Szwecji i Finlandii, dla których bezpieczeństwo w strefie arktycznej ma znaczenie wyjątkowe.
Teraz jednak Sojusz zarówno na poziomie wojskowym, jak i dyplomatycznym wysyła szczególnie wyraźny sygnał – nie zamierzamy odpuszczać Arktyki. Nawet na chwilę.
autor zdjęć: NATO Allied SOF Command, Royal Marines, NATO

komentarze