Żywe torpedy przywodzą na myśl zdeterminowanych do samobójczej walki japońskich kamikadze. Mniej się wie, że również Niemcy pod koniec wojny z taką taktyką improwizowali, ale pierwszeństwo pod tym względem w II wojnie światowej należy się nam – Polakom. Narodził się oddolny ruch, do którego jednak kierownictwo wojskowe państwa podeszło z chłodną rezerwą…
Czyszczenie torped oraz wyrzutni torpedowej na szkolnym okręcie broni podwodnej ORP „Generał Sosnkowski”, luty 1930. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Zbigniew Herbert miał 14 lat, kiedy 5 maja 1939 roku radio transmitowało przemówienie ministra Józefa Becka. Być może go słuchał, może nie sam, bo wówczas radia słuchało się tak jak w czasach mojego dzieciństwa oglądało się telewizję – wspólnie. Przemówienie polskiego ministra spraw zagranicznych przerywane było oklaskami, a jego puenta wywołała owację. Atmosfera po zakończeniu mowy Becka w Polsce, a szczególnie na warszawskiej ulicy – była gorąca. Warszawscy tramwajarze zorganizowali ulicami miasta spontaniczny pochód, do którego dołączali się przechodnie, i pod siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych zebrało się już około 20 tys. osób. Ludzie rozumieli, co się dzieje, ale nie wiedzieli, czym to się wszystko skończy. Zbigniew Herbert mieszkający wówczas we Lwowie także. Coś się zapisuje wówczas w tym dorastającym chłopcu, nawet nie fakty, ale ogólna atmosfera. Kilkanaście lat później już młody mężczyzna napisze wiersz „Pożegnanie września”. Umieści go w swoim debiutanckim tomie, wydanym w 1956 roku, pod tytułem „Struna światła”. W nim znajdzie się ten fragment: „Dnie były amarantowe/ błyszczące jak lanca ułańska/ […]/ tenor ciął jak szpicrutą/ i po każdej zwrotce/ ogłaszano listę żywych torped/ które notabene/ przez sześć lat wojny/ szmuglowały słoninę/ żałosne niewypały/ […]”.
Legion samobójców
Oto bowiem już dzień po przemówieniu Becka, 6 maja, w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” ukazał się list otwarty trzech mieszkańców Warszawy: Edwarda i Leona Lutostańskich oraz ich szwagra Władysława Bożyczki, w którym postulowali oni stworzenie swoistego legionu samobójców, „żywych torped”. Wszyscy trzej podjęli wzajemne zobowiązanie i ustalili treść listu nie po mowie Becka, ale na wieść o wypowiedzeniu paktu o nieagresji przez Niemcy 28 kwietnia, co by wyjaśniało datę publikacji, która miała się jedynie przypadkiem zbiec z przemówieniem sejmowym ministra spraw zagranicznych. Ale sprawa nie była nowa.
Pierwsze zgłoszenie do nieistniejącej formacji „żywych torped” bezpośrednio adresowane do marszałka Śmigłego-Rydza miało wpłynąć na piśmie jeszcze w połowie 1937 roku. Pochodziło od mata rezerwy Stanisława Chojeckiego z Katowic, który miał sporą wiedzę o broni torpedowej i gotowy był – gdyby zaszła taka potrzeba oraz zaistniały możliwości – poprowadzić sterowaną ręcznie torpedę do samego końca. Nadawcy listu szef sztabu Kierownictwa Marynarki Wojennej, komandor Karol Korytowski, przesłał wyrazy uznania za poczucie patriotyzmu, ale sprawie nie nadano dalszego biegu, a sam list utajniono.
Jednak publikacja w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” uruchomiła prawdziwą lawinę. W odpowiedzi ludzie pisali do redakcji różnych gazet, a także do organizacji paramilitarnych, poszczególnych szczebli wojskowej administracji, a nawet do samego Naczelnego Wodza z prośbą o zaliczenie ich w poczet samobójczych oddziałów. Zgłoszenia liczono w dziesiątkach, potem w setkach, wreszcie w tysiącach. Były to osoby reprezentujące w zasadzie pełen przekrój społeczny ówczesnej Polski. Katolicy, protestanci, prawosławni, żydzi, byli mężczyźni i kobiety, byli młodzi i starsi, zdrowi i inwalidzi, byli tacy, którzy nie mieli nic, bezrobotni, samotni i żonaci. Pisali chłopi po kilku klasach szkoły powszechnej, którzy nie wiedzieli nawet, co to jest torpeda, a byli ludzie majętni i wykształceni, ci ostatni lubili to podkreślać, żeby zaznaczyć, że nie szukają jedynie rodzaju chwalebnego samobójstwa, ale że ich decyzja ma charakter przemyślany i racjonalny. Listy (spora część z nich jest dostępna w internecie) utrzymane są zazwyczaj w skromnej, pokornej tonacji. Ludzie zwierzali się często, że nie mają nic, dlatego są gotowi oddać jedyną wartość, którą posiadają – życie.
Opór rzeczywistości i techniki
Administracja wojskowa odpowiadała sucho i chłodno, że zgłoszenie zostało zarejestrowane i w stosownym czasie być może będzie wykorzystane. Brak dzisiaj jest jednego zasobu archiwalnego, który pozwoliłby ocenić rzeczywisty zasięg i rozmiar tej oddolnej akcji. Archiwum „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” miało zaginąć, a do tej redakcji wpłynęła większość zgłoszeń. Prawicowy „Wielkopolanin” zebrał 69 zgłoszeń. Rejestr zgłoszeń, które zostały przyjęte przez władze wojskowe – także w sporej części przepadł. Do dzisiaj przetrwał zbiór w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie, ale tylko jeżeli chodzi o litery od K do Z. Łącznie szacuje się, że mogło wpłynąć około 4 tys., może 5 tys. deklaracji. Pozostawało tylko otwarte pytanie o to, jak można było wykorzystać realnie ten legion samobójców.
To, co Polacy planowali w 1939, zrealizowali później nie tylko Japończycy, ale i Włosi oraz Niemcy. Na zdjęciu moment wodowania jednoosobowej torpedy (tzw. żywej torpedy) Torpedo Neger Kriegsmarine, lipiec 1944. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Tak wówczas, jak i dzisiaj w wyobraźni przeciętnego człowieka torpeda wydaje się szybkim pociskiem podwodnym. Przy czym „żywa torpeda”, w założeniu samobójcza broń o wysokiej skuteczności, powinna się różnić od zwykłej tym, że byłaby pilotowana przez człowieka i posiadała urządzenia do korekcji biegu – tak co do kierunku, jak i głębokości. To powinno jej dawać przewagę nad niekierowaną i zapewniać wyższą skuteczność za cenę życia pilota.
Wydaje się proste. Tylko że technicznie tak wtedy, jak i teraz nie istniała możliwość „wsadzenia” człowieka do wnętrza typowej torpedy bez znacznej jej przebudowy. Żeby pociskiem sterować, człowiek musi się orientować w przestrzeni, mieć możliwość oddychania, myślenia i działania. Jedna z wizualizacji „żywej torpedy” z tamtych czasów pokazuje człowieka we wnętrzu torpedy, wyposażonego w peryskop, rozbudowaną deskę rozdzielczą i koło sterowe. Pilot leżał w tylnej części pocisku, gdzie zazwyczaj są urządzenia napędowe. Pomijając już fakt absolutnie fantastycznej komplikacji wynikającej z konieczności wyposażenia torpedy w rurowy peryskop, to korpus ówczesnej typowej torpedy wykluczał, by człowiek zmieścił się w jej wnętrzu inaczej niż w pozycji leżącej, a wówczas nie zostawało w tym korpusie w ogóle miejsca na cokolwiek – np. cięgła urządzeń sterowych. Zatem trzeba było usadowić człowieka poza obrysem torpedy właściwej. I tu zaczynają się problemy, bo to stwarza dodatkowy opór, a mówimy o oporze wody, nie powietrza. I albo trzeba zwiększać moc napędu kosztem zasięgu, albo rezygnować z prędkości, by zyskać zasięg.
Pod koniec I wojny światowej Włosi zastosowali przeciwko marynarce Austro-Węgier tajną broń, którą nazwano wówczas „żywą torpedą” i która dała początek podobnym konstrukcjom w innych państwach. „Mignatta”, czyli po naszemu pijawka, bo tak ta konstrukcja się nazywała, bazowała na torpedzie kal. 356 mm, siedziało na niej okrakiem jak na koniu dwóch nurków. Nie była to jednak broń samobójcza co do zasady. Nurkowie mieli doprowadzić ją do zakotwiczonego okrętu, przymocować przewożone miny z uchwytami magnetycznymi, nastawić zapalniki zegarowe i uciec. Ważniejsze dla tej opowieści jest jednak to, że torpeda-pijawka, niosąc na sobie dwóch ludzi, była w stanie rozwinąć prędkość maksymalnie 3–4 węzły przy zasięgu 8 do 10 mil morskich. Takim sprzętem można było próbować zaatakować wyłącznie cel, który stoi na kotwicy, i nie było mowy o samodzielnym rejsie śmiałków z innego miejsca niż bezpośrednie pobliże takiego obiektu. Innymi słowy taką „żywą torpedę” ktoś musiał w pobliże nieprzyjacielskiej bazy dowieźć.
Dla kalibracji wyobraźni – używana w Polskiej Marynarce Wojennej francuska torpeda wz. 1924 osiągała 44 węzły – czyli dziesięć razy więcej. A skoro o torpedach mowa – warto zauważyć, że przed rokiem 1939 Polska ich nie produkowała. Do tego w 1939 roku Polska Marynarka Wojenna miała pięć okrętów podwodnych i cztery niszczyciele zdolne odpalać torpedy. Były to dwa typy podwodnych pocisków – francuskie wz. 1924 i kal. 550 mm oraz brytyjskie tzw. typu AB i kal. 533 mm. Tych pierwszych PMW miała 78 sztuk, a drugich 66, razem – 144 sztuki. Pełna salwa torpedowa wszystkich polskich okrętów zdolnych do przenoszenia tych pocisków wynosiła 66 torped. Oznaczało to, że marynarka nie miała dość zapasów, żeby w razie wystrzelenia przez okręty wszystkich torped odtworzyć w pełni ich potencjał bojowy. Trudno zatem sobie wyobrazić, aby przy takiej mizerii stać było państwo polskie, bez pozostawiania żadnych śladów w oficjalnych dokumentach, w tym dokumentacji finansowej, na stworzenie prototypu „żywej torpedy”, przetestowanie go i wprowadzenie do produkcji, a potem do służby operacyjnej.
Holowanie torpedy po strzale ćwiczebnym – widoczni marynarze na łodzi wiosłowej, luty 1930. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Tym bardziej że jak pokazały doświadczenia włoskie – posadowienie człowieka-pilota na torpedzie wraz z urządzeniami niezbędnymi do skutecznego sterowania torpedą nie było proste technicznie. Co więcej, należało – mimo samobójczego charakteru misji – wyszkolić ludzi w sterowaniu podwodnym pociskiem, do czego wymagana była jednak elementarna wiedza z zakresu hydrodynamiki, nawigacji. Ci ludzie tak czy inaczej musieli nauczyć się prowadzić trudny w obsłudze i drogi sprzęt, radzić sobie ze stresem, musieli umieć ominąć eskortę celu, być może w warunkach silnego przeciwdziałania przeciwnika, orientować się w przestrzeni, potrafić rozpoznać w trudnych warunkach cel i nie pomylić go z własną jednostką. To były trudności, z którymi dopiero za sześć lat zetkną się Japończycy, gdy okaże się, że nawet samobójcę trzeba porządnie wyposażyć i dobrze wyszkolić, inaczej nie będzie w stanie skutecznie złożyć swojego życia w ofierze na ołtarzu ojczyzny. To wszystko zdaje się dobrze wyjaśniać chłodną rezerwę, z jaką kierownictwo wojskowe państwa traktowało ten oddolny ruch i dlaczego między majem a wrześniem 1939 roku nie powstał żaden spójny plan wykorzystania „żywych torped”. Po pierwsze nie było Polski na to stać, po drugie brakowało środków technicznych, – czyli nadmiaru torped gotowych do przerobienia na samobójcze pociski, po trzecie wreszcie cały pomysł wydawał się mieć po chwili namysłu – niewiele sensu.
Gra wywiadu?
Podobno jednak niektórych z polskich kamikadze latem 1939 roku wezwano do sztabu floty i – po odebraniu przysięgi i zapisaniu danych – przedstawiono im szczegóły tajnej broni. Według niektórych relacji – pojedyncze sztuki tej broni miały być już dostępne w arsenałach polskiej floty, pojawia się liczba 16 gotowych do użycia egzemplarzy. Jednak opisy nielicznych świadków są niespójne. Niektórzy twierdzili, że oglądali na rysunkach lub filmach instruktażowych owe prototypy polskich „żywych torped”, ale każdy zdaje się widział co innego. Zatem miały to być typowe torpedy z nabudowaną od góry niewielką kabiną z osłoną z pleksiglasu lub szkła organicznego, do której pilot-samobójca miał wchodzić na czworakach, tyłem, nago. Z boku torpedy miały występować specjalne płaty jak w samolocie. W innej wersji pilot miał na torpedzie siadać okrakiem, a w jeszcze innej miał siedzieć w niewielkiej łódce, motorówce, poruszającej się po powierzchni, do której dna miała być przyczepiona właściwa torpeda.
Wiele wskazuje na to, że nikt w kręgach wojskowych nie widział sensu tworzenia batalionów śmierci w formie, jaką sobie wyobrażali rozgorączkowani majowymi wydarzeniami kandydaci na polskich kamikadze. Może właśnie dlatego że ci wojskowi mieli dużo więcej zdrowego rozsądku, wyczucia rzeczywistości i profesjonalizmu, niż im się po wojnie przypisywało.
Z drugiej strony – być może wywiad polski wiedział o tym, że sprawa „żywych torped” była monitorowana pilnie przez wywiad niemiecki. Mogło zatem być tak, że rzekome szkolenia kandydatów na pilotów „żywych torped”, w czasie których zadziwiająco łatwo kandydaci poznawali zarysy techniczne supertajnej broni, były grą polskiego wywiadu, wykorzystującą spontaniczną, oddolną akcję polskiego społeczeństwa do przekonania Niemców, że takie jednostki rzeczywiście będą formowane, że istnieją sprzęt i doktryna ich użycia. Po co? Ano dla postrachu. Jesteś słaby, uczy Sun Tzu, próbuj przekonać przeciwnika, że jesteś właśnie silny.
Czternastoletni Zbigniew Herbert we Lwowie tego wszystkiego nie mógł wiedzieć. Wspomniany na początku wiersz został napisany przez młodego poetę, który do romantycznego dziedzictwa podchodził nader nieufnie. Czy jednak – z perspektywy czasu – dobrze brzmi, niewątpliwie będące jedynie figurą stylistyczną, zdanie, że zapisani do „legionu samobójców” byli „żałosnymi niewypałami” szmuglującymi przez resztę wojny słoninę?
No cóż, być może ktoś z tej listy rzeczywiście szmuglował żywność ze wsi do miasta. Wśród kilku tysięcy osób można było zapewne znaleźć dowolny przykład dowolnej postawy. Mariusz Borowiak szacuje, że co trzeci z ochotników do formacji „żywych torped” zgłosił się do walki w 1939 lub został powołany. Jeżeli wydaje się to niewiele, to warto przypomnieć, że wielu zgłaszało się do oddziałów samobójczych właśnie dlatego, że nie mieli szansy być powołanymi do normalnej służby wojskowej, a chcieli wziąć udział w obronie kraju. Według tego samego historyka – prawie połowa z tych osób uczestniczyła po klęsce 1939 roku w różnych formach konspiracji, w siatkach ZWZ, AK, BCh i NSZ. Trudno nazwać te historie niewypałami.
Radosław Wiśniewski – prozaik, krytyk, poeta, publicysta, bloger, youtuber. Autor m.in. eseistycznych książek o Powstaniu Warszawskim „Palimpsest Powstanie” oraz wojnie obronnej 1939 roku „1939. Apokalipsa początek”, prowadzi kanał na YouTube „Wartalk.pl”.
autor zdjęć: Narodowe Archiwum Cyfrowe

komentarze