Od najmłodszych lat ciągnęło mnie do wojska – mówi st. kpr. Tomasz Bartnik, strzelec z Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego. Jako 14-latek rozpoczął przygodę ze strzelectwem i ten sport stał się jego życiową pasją. Myśleć o wojsku jednak nie przestał. – Dzięki zaproszeniu do Wojskowego Zespołu Sportowego w Bydgoszczy dwa marzenia spełniły się naraz – twierdzi.
Przygodę ze strzelectwem rozpoczął Pan jako 14-latek. Jednak zanim trafił Pan na strzelnicę, strzelał z łuku. Jak to się stało, że zamiast na tor łuczniczy Tomek dotarł na trening strzelecki?
St. kpr. Tomasz Bartnik : Wszystko zaczęło się od gimnazjalnego obozu, na którym mieliśmy okazję poznać wiele dyscyplin sportu. Pływaliśmy kajakami, graliśmy w różne gry drużynowe, poznawaliśmy uroki wspinaczki i strzelaliśmy z łuku. Bardzo mi się spodobało łucznictwo. Wydawało mi się wtedy, że byłem dobry w tej dyscyplinie. Dlatego po powrocie do Warszawy chciałem zapisać się do jakiejś sekcji łuczniczej. Niestety, ode mnie z domu było daleko na tor łuczniczy. Nie miałby mnie kto tam zawozić, a komunikacją miejską dojazd z kilkoma przesiadkami i nie po drodze do szkoły nie wchodził w grę. Dlatego tata zaproponował, abym spróbował innego strzelania. Półtora kilometra od domu była strzelnica Legii przy Wojskowej Akademii Technicznej. Tata kiedyś bawił się w strzelectwo i zaproponował, abym sprawdził się na strzelnicy. Gdyby mi się tam nie spodobało, to mieliśmy wrócić do opcji z łucznictwem.
Tata poznał mamę na strzelnicy. Rodzice nie próbowali wcześniej zachęcić syna do strzelectwa?
Mama i tata strzelali akurat z karabinu. Wiedziałem o tym. Tata miał nawet jakieś sukcesy w międzyszkolnych zawodach o srebrne muszkiety. Ale rodzice nie ciągnęli mnie na strzelnicę. Ja niby chciałem się tam wybrać, niby nie. Rodzice nigdy w żadną stronę nie próbowali mnie popchnąć, zawsze dawali mi wolną rękę w wyborze dyscypliny. Niestety, nawet gdyby mnie ciągnęło np. do sportów związanych z bieganiem, to nie mogłem brać ich pod uwagę, gdyż miałem martwicę guzowatości kości piszczelowej, co w zasadzie uniemożliwiało mi bardziej intensywny ruch. Obóz gimnazjalny przesądził o tym, że pomyślałem, iż czas sprawdzić się na poważnych treningach. Z łukami nie wyszło, ale za to pierwsza wizyta na strzelnicy była udana.
Od razu trafił Pan pod skrzydła trener Eulalii Rolińskiej?
Tak, choć po latach dowiedziałem się, że miało być inaczej. Jak przyszedłem z tatą na strzelnicę, okazało się, że było na niej wielu zawodników. Wtedy to były trochę inne czasy. Na strzelnicy były tłumy. Żaden trener mnie nie chciał. Nie dlatego, że byłem kiepski, tylko po prostu każdy szkoleniowiec miał zbyt wielu podopiecznych i nie chcieli kolejnego. Najpierw sprawdziła mnie właśnie trenerka Eulalia. Testy z karabinem wypadły bardzo dobrze, ale pani Rolińska zachęciła mnie, abym sprawdził się jeszcze w strzelaniach z pistoletu. Trenerka liczyła na to, że tam zostanę, bo w swojej grupie nie miała miejsca dla nowego zawodnika. Tymczasem wzięcie pistoletu do ręki okazało się wtedy dla mnie bardzo problematyczne, ze względu na to, że sił w rękach za wiele nie miałem, a broń jednak te 1,5 kg ważyła. Do tego jeszcze pistolet ma ciężki spust. Pierwsze efekty moich strzelań najlepiej pokazywały tarcze. Ta, do której celowałem z karabinu, jakoś w miarę wyglądała. Na tej drugiej oprócz śladów w obrębie okręgów nie brakowało ich poza nimi. Wróciłem więc oczywiście do karabinu i strzelam z niego do dzisiaj, a co istotne, cały czas sprawia mi to olbrzymią frajdę.
Miał Pan więc szczęście, że udało się zostać w grupie trener Rolińskiej. Czy wówczas młody adept strzelectwa wiedział, że szkoli go była mistrzyni świata i Europy?
Nie, na początku była dla mnie tak naprawdę obcą osobą. Trenerka i tyle. Dopiero po paru miesiącach, może nawet latach, nie pamiętam tego już, bo to jednak było ponad 20 lat temu, dowiedziałem się, że była trenerką kadry narodowej, a wcześniej sama była w kadrze narodowej, nie mówiąc o rekordach świata, mistrzostwach świata i byciu pierwszą Polką w rywalizacji w strzelectwie na igrzyskach olimpijskich. Ale o tym dowiadywałem się, gdy było już większe zaufanie między trenerką i jej podopiecznym, kiedy było już wiadomo, że zostaję na tej strzelnicy, a nie przyszedłem na miesiąc, jak to często bywało, i kończę ze strzelectwem. Wtedy trenerka zaczęła mi opowiadać coraz więcej o swojej karierze sportowej.
Po niespełna dwóch latach współpracy z Eulalią Rolińską, 40 lat po zdobyciu przez nią tytułów mistrzyni świata, zdobył Pan pierwsze złoto na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży…
Początki mojej kariery rozwijały się dosyć szybko, bo w tamtych czasach, osiągając jako młodzik jeszcze szósty czy siódmy wynik poprzedniego finału Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży, można było w niej wystartować, mimo że było się w niższej kategorii wiekowej. Spełniłem ten warunek w ostatnim starcie i dzięki temu jako młodzik mogłem się sprawdzić z juniorami młodszymi. Zająłem, jeśli dobrze pamiętam, jedno siódme miejsce, co i tak na zdecydowanie młodszego i niedoświadczonego zawodnika było niezłym osiągnięciem. Ale zaowocowało to tym, że rok później to ja byłem wśród tych, którzy są jednymi z bardziej doświadczonych, ze względu na to, że startowali w poprzedniej OOM. I zaowocowało to złotem w trzech postawach, a rok później, na mojej ostatniej Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży, dwoma kolejnymi złotymi medalami i rekordem Polski.
Czy ten pierwszy złoty medal jakoś pomógł pozostać przy strzelectwie, czy już na tyle był Pan zafascynowany tym sportem, że już wiedział, że poświęci się tylko tej dyscyplinie?
Tak bardzo podobało mi się na strzelnicy, tak bardzo mnie wciągnęło samo strzelanie, wszystko, co się z tym wiąże, od samego karabinu poprzez ustawianie go, szykowanie się do oddania strzału po budowanie techniki, budowanie siebie samego, że niezależnie od tych pierwszych medali byłem pewny, że zostanę długo przy strzelectwie. Jako junior zdobywałem potem medale imprez seniorskich, co też było bardzo budujące. Oczywiście z czasem, nie mając osiągnięć, trzeba zmienić kierunek. Wyniki były, ale studia nie trwają wiecznie, szkoła nie jest wieczna, trzeba pójść do pracy. Na szczęście osiągnięcia doprowadziły mnie również do tego momentu, w którym jestem teraz.
Czyli do Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego, a wcześniej Wojskowego Zespołu Sportowego w Bydgoszczy. Jak bardzo zmieniło się Pana życie po rozpoczęciu przygody z wojskiem?
Po uzyskaniu pierwszego stopnia inżynierskiego na Wojskowej Akademii Technicznej miałem 26 lat i wtedy zostałem skierowany na szkolenie wojskowe. Byłem na nim od września do grudnia 2016 roku. Trzy miesiące później ppłk Robert Pona, szef Wojskowego Zespołu Sportowego w Bydgoszczy, zaprosił mnie na rozmowę i poinformował, że ma dla mnie miejsce w WZS-ie. Od czerwca zostałem zawodnikiem Wojska Polskiego. Moja kariera od dziewięciu lat jest więc związana z wojskiem i mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat, teraz z Centralnym Wojskowym Zespołem Sportowym, będziemy parli wspólnie do przodu. To właśnie dzięki wojsku moja kariera sportowa tak naprawdę nabrała rozpędu, bo kiedy zostałem żołnierzem-sportowcem, długo nie trzeba było czekać na pierwszy medal Pucharu Świata, a potem złoto mistrzostw świata. Wreszcie ta głowa była tak swobodna, że mogłem pogodzić karierę z życiem codziennym. Nie ukrywam, że gdyby nie strzelectwo, studiowałbym na Wojskowej Akademii Technicznej na kierunku wojskowym, a nie cywilnym ze względu na to, że w mojej rodzinie wszyscy byli wojskowymi właśnie po WAT. Zatem ciągnęło mnie ku wojsku od początku. Potem to sport gdzieś trochę wygrał z pasją do munduru, ale dzięki zaproszeniu do Wojskowego Zespołu Sportowego w Bydgoszczy dwa marzenia spełniły się naraz.
Przez 22 lata uprawiania strzelectwa zdobył Pan dziesiątki medali. Który z nich sprawił najwięcej radości?
W kolekcji brakuje mi już tylko trofeów z igrzysk: olimpijskich, wojskowych i europejskich. Z każdej innej imprezy medale już mam. Który sprawił najwięcej radości? Może ten, który był przełomowym w mojej karierze, czyli pierwszy zdobyty w zawodach o Puchar Świata w 2017 roku. Był to brąz z Gabali w Azerbejdżanie. Koleżanka śmiała się, że po zakończeniu rywalizacji zaszkliły mi się oczy na stanowisku. Od tego medalu moja kariera wreszcie się rozpędziła, tak jak powinna. Rok później był pierwszy medal mistrzostw świata i nie dość, że złoty, to jeszcze okraszony zdobyciem paszportu na pierwsze igrzyska olimpijskie.
A który ze startów sprawił, że był Pan najbardziej rozzłoszczony na zawodach?
Oczywiście każdy sport wiąże się zarówno z sukcesami, jak i porażkami. Nawet można powiedzieć, że sport to pasmo porażek okraszone kilkoma sukcesami, bo, niestety, nie da się wygrywać wszystkich zawodów, nie da się być zawsze najlepszym. Ale te sukcesy zapadają najbardziej w pamięć, a negatywnych momentów staram się raczej nie roztrząsać. Zejść naprawdę złym na siebie ze stanowiska zdarzyło mi się na niedawnych zawodach o Puchar Świata w Chinach. Bardzo źle mi się strzelało w eliminacjach. Ostatecznie przez nie przeszedłem, ale sam początek zawodów był, delikatnie mówiąc, tragiczny. Musiałem rzeczywiście tonować emocje, bo tak zły na siebie ze stanowiska chyba jeszcze nigdy wcześniej nie zszedłem.
Realizacja: Jacek Szustakowski, Michał Korsak
Trenerzy mówią, że na zawodach wygrywa się głową. Jak Pan sobie radzi ze stroną mentalną?
W każdej dyscyplinie sportu kluczową rolę odgrywa mentalność zawodnika. Nie inaczej jest u nas, zwłaszcza że nasze konkurencje trwają ponad godzinę, niektóre prawie dwie, co oznacza, że przez długi czas trzeba utrzymać maksymalną koncentrację. „Dziesiątka” przy strzelaniach z 10 m ma pół milimetra średnicy, więc trafienie w nią wymaga nie tylko precyzji i techniki, lecz także gigantycznej koncentracji. „Dziesiątka” na dystansie 50 m ma centymetr średnicy. To tak samo wymaga bardzo dużej koncentracji, więc strzelectwo opiera się w dużej mierze na przygotowaniu psychicznym zawodnika i od tego mamy psychologów. U mnie niejednokrotnie się zdarzyło, że psychika pozwalała na więcej niż rzeczywista forma. Tak było choćby w 2022 roku na mistrzostwach świata w Kairze. Zdobyłem kwalifikację na igrzyska do Paryża i wszystko tak naprawdę wyłącznie dzięki głowie. A to dlatego, że nie czułem się przygotowany do tych zawodów i byłem – nie powiem pewien, bo walczę do końca – pogodzony z tym, że zbyt wiele nie uda mi się osiągnąć.
A jak smakuje złoty medal mistrzostw świata wraz z wyrównaniem rekordu świata?
Na ostatnich mistrzostwach świata na dystansie 300 m w ostatnim starcie strzelaliśmy w konkurencji trzy postawy. Walka o każdy punkt była emocjonująca do ostatniej chwili. Przyznam, że nigdy nie śledzę, jakie wyniki dają w danej chwili medal, a jaki rezultat to jest rekord świata. To jest nieistotne, potem w razie czego wyświetli się to na tablicy. I w tym przypadku było tak, że po gigantycznej pracy wykonanej na stanowisku tego ostatniego dnia okazało się, że nie tylko wygrałem, ale jednocześnie wyrównałem rekord świata. Dało mi to niesamowicie pozytywnego „kopa”, że na koniec zawodów mogę jeszcze wykrzesać z siebie tyle sił. No i jeszcze dało to medal drużynowy, mimo trudnego startu kolegów. I tak można kończyć każde zawody. Te chwile sprawiają tyle radości i to jest nie do zapomnienia.
Przez całą karierę, co się niezwykle rzadko zdarza, ma Pan jednego trenera klubowego. Będąc w kadrze narodowej, sporo czasu zawodnik spędza na zgrupowaniach i zawodach z innymi szkoleniowcami. Jednym z nich był Andrzej Kijowski, który doprowadził Renatę Mauer do medali olimpijskich. Jaki udział w sukcesach odniesionych przez Pana mają trenerzy kadry?
Karierę oczywiście zaczyna się w klubie i to klub i trener klubowy od samego początku pracują z zawodnikiem na jego sukcesy. Na zgrupowaniach kadry narodowej oraz na zawodach międzynarodowych swoją cegiełkę dokładają trenerzy kadrowi. Jako senior pracowałem z trenerem Andrzejem Kijowskim, potem z Pawłem Pietrukiem, a obecnie z Robertem Kraskowskim. Pod okiem trenera Kijowskiego dane mi było się szkolić przez blisko 15 lat. I gdyby go nie było, tak samo jak i trenera klubowego, po prostu nie byłoby mnie tu, gdzie jestem, bo wpłynął na mnie pod wieloma względami. Bardzo mi ufał i we mnie wierzył, o czym się przekonałem na przykład w swoim pierwszym finale mistrzostw świata w 2018 roku w Korei Południowej. Trener stresował się bardziej ode mnie, to było widać od razu. Jednak gdy już wchodziłem na stanowisko, wrzucił do mojej skrzynki ze sprzętem szalik w barwach narodowych. Spojrzałem na niego zdziwiony i powiedziałem mu, że będzie mi on przeszkadzał. Trener ze spokojem powiedział, że jak będzie potrzebny, to się nim owinę. I te słowa mi dały takie doładowanie, bo wiedziałem, że trener wierzy w to, że ja nie poszedłem tam tylko po to, by być statystą. I skończyło się złotym medalem. Tak że i takimi gestami trener kadrowy potrafi wpłynąć niesamowicie na zawodnika.
Jako mistrzowi świata nieraz zdarzyło się Panu uczestniczyć w spotkaniach zarówno z młodzieżą, jak i żołnierzami. O co pytali koledzy z armii w Bartoszycach?
Miałem zaszczyt dwa razy gościć na mistrzostwach strzeleckich w 20 Bartoszyckiej Brygadzie Zmechanizowanej. Koledzy pytali, co mogą zrobić, żeby strzelać precyzyjniej, aby to strzelanie było przyjemniejsze i – ponieważ akurat trwały ich mistrzostwa – by w nim wygrywać. Przy okazji mogłem się dowiedzieć, jak oni zachowują się na stanowisku strzeleckim. Postawa na nim, zarówno w warunkach bojowych, jak i pokoju, jest pod wieloma względami podobna. Wymaga opanowania, spokoju, precyzji. Nie ukrywam, że chyba tylko w wojsku spotkałem się z takim pozytywnym odbiorem nas jako strzelców. Każdy naprawdę nas słuchał i chciał się jeszcze więcej dowiedzieć na temat tego, co my robimy podczas treningów. Na cywilnych spotkaniach wygląda to inaczej, gdyż po kilku minutach już nikt nie jest zainteresowany tym, co się wkoło dzieje.
A czy mistrza świata w strzelectwie kusiło, aby się sprawdzić w roli snajpera?
Jak byłem w WZS-ie w Bydgoszczy, mój ówczesny szef miał pomysł, aby po zdobyciu tytułu mistrza świata wysłać mnie na kurs snajperski. Nie doszło to jednak do skutku. Niestety, gdyż z wielką chęcią zobaczyłbym, jak wygląda strzelanie nie tylko z perspektywy mojego celownika, lecz także tego wykorzystywanego na tak długich dystansach, na jakich strzela się z broni snajperskiej.
Jakie są Pana plany na ten sezon i dwa kolejne olimpijskie, w których odbędą się wojskowe i cywilne igrzyska?
Ten sezon, choć to już sierpień, tak naprawdę dopiero się rozkręca. Przed nami dwa razy mistrzostwa świata, jedne na dystansie 300 m i drugie na dystansach olimpijskich, czyli 10 i 50 m. Te drugie są bardzo ważne, gdyż będzie już można na nich walczyć o miejsca olimpijskie. Oczywiście jest plan, by powalczyć o nie jak najwcześniej, czyli w tym roku. Jeżeli się to nie uda, to następny rok obfituje w możliwości zdobycia kwalifikacji, zarówno na pucharach świata, jak i igrzyskach europejskich czy na kolejnych mistrzostwach świata. Do tego rok 2027 jeszcze jest okraszony igrzyskami wojskowymi w Stanach Zjednoczonych, w których chcę walczyć o najwyższe cele, tak samo jak na każdej innej imprezie.
Czy myśli Pan o tym, aby w przyszłości szkolić swoich następców?
Przez wiele lat kariery nie myśli się o tym, co będzie potem. Wreszcie nastaje taki moment, kiedy ze względu na wiek jest się już coraz bliższym zakończenia kariery sportowej i przychodzi myśl, żeby zająć się czymś innym. Oczywiście możliwości jest dużo, planów jest dużo. Gdzieś z tyłu głowy było, a może i nadal jest, żeby zostać szkoleniowcem. Ale jest to oczywiście wielkie wyzwanie, a jednocześnie tak mi się wydaje – przynajmniej niektórzy tak twierdzą – że mam ku temu predyspozycje. Czy nim zostanę? Przyszłość pokaże, gdyż zależy to od tak wielu czynników, że trudno dzisiaj akurat ten kierunek wskazać jako jeden z najlepszych.
autor zdjęć: Jacek Szustakowski

komentarze