Rosyjskie źródła twierdzą, że podczas ataku na zakłady zbrojeniowe w Woroneżu Ukraina użyła amerykańskiego pocisku AGM-188A Rusty Dagger. Informacji tych nie potwierdziły ani władze w Kijowie, ani administracja USA. Z dostępnych materiałów filmowych wynika, że obiekt poraziły co najmniej trzy szybko poruszające się pociski. Niezależnie od tego, czy nad Woroneżem rzeczywiście pojawił się AGM-188A, ta historia przypomina mocno zapomniany w publicznej debacie fakt. Taki mianowicie, że mimo politycznych sporów wokół pomocy dla Ukrainy, amerykańskie uzbrojenie nadal pozostaje jednym z fundamentów zdolności bojowych Sił Zbrojnych Ukrainy.
W nocy z 20 na 21 czerwca ukraińskie bezzałogowce i pociski uderzyły w zakłady „Sborka” w Woroneżu. Fabryka została wzięta na cel, ponieważ jest producentem podzespołów wykorzystywanych między innymi w pociskach manewrujących Ch-101, rakietach Iskander-K oraz w systemach przeciwlotniczych Pancyr-S1. Sam atak nie był niczym wyjątkowym – podobnych operacji Ukraina przeprowadziła już dziesiątki. Rosyjskie kanały zajmujące się tematyką wojskową zasugerowały jednak, że do uderzenia wykorzystano nowy amerykański pocisk AGM-188A Rusty Dagger. Jeśli te informacje by się potwierdziły, byłby to pierwszy przypadek użycia bojowego tego uzbrojenia – co samo w sobie wymaga odnotowania.
Z myślą o Ukraińcach
Czym w ogóle jest Rusty Dagger? Narodziny programu AGM-188 są bezpośrednim skutkiem doświadczeń wojny rosyjsko-ukraińskiej. Po dwóch latach konfliktu Amerykanie doszli do wniosku, że arsenał precyzyjnej broni dalekiego zasięgu jest zbyt drogi, by używać go na masową skalę. Pociski Tomahawk czy JASSM oferują znakomite możliwości, lecz ich produkcja wymaga czasu, a koszt pojedynczego egzemplarza liczony jest w milionach dolarów. Poszukiwano więc rozwiązania prostszego i tańszego.
Tak narodził się program Extended Range Attack Munition (ERAM), którego efektem stał się AGM-188A Rusty Dagger. Nowy pocisk ma mieć zasięg przekraczający 900 km, przenosić około 45-kilogramową głowicę bojową i być odpalany z samolotów F-16. Kluczowym założeniem było połączenie dużego zasięgu z relatywnie niskim kosztem produkcji.
Nie jest to broń przeznaczona do niszczenia całych kompleksów. Rusty Dagger projektowano z myślą o punktowych celach wysokiej wartości – stanowiskach dowodzenia, radarach, węzłach łączności czy elementach infrastruktury wojskowej znajdujących się setki kilometrów od linii frontu. Co ważne – od samego początku powstawał przede wszystkim z myślą o Ukrainie. Program rozwijano w wyjątkowo szybkim tempie, a kolejne etapy prób zakończono znacznie wcześniej niż początkowo zakładano.
Integrację z F-16 ukończono wiosną tego roku. To wtedy pojawiły się pierwsze doniesienia sugerujące, że część pocisków mogła już trafić do Ukrainy, choć oficjalnie dostawy mają rozpocząć się jesienią 2026 roku. Wydarzenia z Woroneża pozwalają postawić ostrożną hipotezę: że część pocisków mogła zostać przekazana Ukraińcom jeszcze przed rozpoczęciem pełnoskalowych dostaw. Nie byłby to zresztą precedens. W czasie tej wojny wielokrotnie zdarzało się, że kolejne typy uzbrojenia trafiały na front wcześniej, niż wynikałoby to z oficjalnych komunikatów.
Amerykanie nadal są obecni
Zostawmy na razie AGM-188A i pozwólmy sobie na szerszą perspektywę. Ukraińcy osiągnęli imponujące postępy w rozwoju własnego przemysłu zbrojeniowego. Produkcja dronów liczona jest już w milionach egzemplarzy rocznie. Rozwijane są własne pociski manewrujące, systemy walki radioelektronicznej i środki rozpoznania. Nie zmienia to faktu, że prowadzenie wojny na froncie liczącym ponad tysiąc kilometrów nadal pozostaje wyzwaniem przekraczającym możliwości ukraińskiej zbrojeniówki (i gospodarki jako całości).
Problemem są pieniądze, kompetencje – zwłaszcza dostęp do zaawansowanych technologii – oraz bezpieczeństwo produkcji. Dlatego wciąż kluczowe dla podtrzymania ukraińskiego wysiłku wojennego jest zachodnie wsparcie. Na przestrzeni minionego roku niemal cały ciężar finansowy w tym zakresie wzięła na siebie Europa, ale to nie oznacza, że dostawy amerykańskiego uzbrojenia nad Dniepr całkowicie ustały. Niezależnie od krzykliwej retoryki prezydenta Donalda Trumpa i jego administracji, wyprodukowana w Stanach broń i amunicja wciąż trafia w ręce Ukraińców.
Na Ukrainę wysyłane są chociażby pociski do systemów Patriot, rakiety GMLRS dla wyrzutni HIMARS, amunicja artyleryjska, części zamienne oraz wyposażenie logistyczne. Przez kilka pierwszych miesięcy prezydentury Trumpa wciąż realizowane były pakiety zatwierdzone jeszcze przez Joe Bidena. Ale w międzyczasie powstał drugi, ważniejszy kanał wsparcia. Coraz częściej zakupy finansowane są przez państwa europejskie lub struktury NATO, natomiast producentem pozostają przedsiębiorstwa amerykańskie. Innymi słowy, choć formalnie maleje bezpośrednie zaangażowanie Waszyngtonu, znaczenie amerykańskiego przemysłu obronnego pozostaje kluczowe.
Być może za kilka miesięcy okaże się, że AGM-188 rzeczywiście po raz pierwszy użyto pod Woroneżem. Być może rosyjskie źródła błędnie rozpoznały zastosowaną broń. W szerszej perspektywie nie ma to jednak większego znaczenia. Znacznie ważniejszy jest fakt, że za wieloma nowymi zdolnościami ukraińskiej armii nadal stoi amerykańska technologia, amerykańska produkcja i amerykańskie uzbrojenie. Nawet jeśli coraz częściej płacą za nie Europejczycy.
autor zdjęć: AFP/ East News

komentarze