Był tym, którego nikt nie podejrzewał. Nie z powodu geniuszu czy charyzmy, ale z uwagi na jego przeciętność. Kiedy w lutym 1994 roku funkcjonariusze FBI zamknęli wrota celi za Aldrichem H. Amesem, Ameryka odkryła, że największe klęski kontrwywiadu nie muszą być sprawką błyskotliwych agentów pod przykrywką. Że czasem stoją za nimi „szarzy ludzie”…
Aldrich Hazen Ames wyprowadzany z budynku Sądu Federalnego USA w Aleksandrii 22 lutego 1994 roku po postawieniu go przed sądem pod zarzutem szpiegostwa na rzecz byłego Związku Radzieckiego.
Aldrich Hazen Ames urodził się w 1941 roku w River Falls w stanie Wisconsin. Jego biografia od początku splatała się z wywiadem. Ojciec – Carleton Ames – pracował w Centralnej Agencji Wywiadowczej, a syn dorastał w cieniu opowieści o służbie państwu. Dla młodego Aldricha CIA była nie tyle marzeniem, ile naturalnym wyborem. Studiował na Uniwersytecie Chicagowskim, później próbował sił w innych zawodach, ale to Langley przyciągnęło go na stałe.
Do CIA trafił w 1962 roku. Nie był gwiazdą rocznika. Przełożeni oceniali go jako zaledwie „poprawnego” pracownika, czasem leniwego, miewającego problemy z alkoholem. A jednak – paradoksalnie – to właśnie on zyskał dostęp do najbardziej wrażliwych informacji, jakie posiadała Ameryka: do danych o operacjach prowadzonych przeciwko Związkowi Sowieckiemu i o agentach działających w samym sercu wrogiego imperium.
Pojawiła się kobieta…
Ames służył w Turcji, Meksyku, we włoskiej stolicy. Pracował w pionach zajmujących się kontrwywiadem i ZSRS. Nie był wizjonerem ani mistrzem operacyjnym. Był urzędnikiem tajemnicy – kimś, kto wiedział, gdzie leżą listy nazwisk, jak nazywają się operacje, kto z kim się spotyka. W realiach zimnej wojny to właśnie tacy ludzie bywali najcenniejsi.
W latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych jego kariera nie rozwijała się spektakularnie. Ba, w aktach personalnych Amesa pojawiały się nagany, przełożeni sygnalizowali problemy dyscyplinarne. Zapewne miało to związek z życiem rodzinnym przyszłego zdrajcy – rozsypało mu się małżeństwo, doszło do rozwodu. Alimenty, długi, alkohol – Ames był na zakręcie. A potem – jak to często w historiach zdrady bywa – pojawiła się kobieta.
W 1985 roku pracownik CIA związał się z Rosario Casas Dupuy – Kolumbijką, która wkrótce została jego żoną. Po miesiącu miodowym przyszła proza życia. Nowy związek – i wysokie wymagania małżonki – pogłębiły problemy finansowe i zawodową frustrację Amesa. Chcąc utrzymać styl życia przekraczający jego legalne dochody, mężczyzna znalazł się pod presją, której nie potrafił i nie chciał rozwiązać w zgodzie z prawem. To w tym momencie podjął decyzję, która zaważyła na losach setek ludzi. Nie był ideologiem ani rozczarowanym intelektualistą. Nie przeszedł na stronę wroga z przekonania. Zrobił to dla pieniędzy.
Pożyczki od rodziny
Przez kolejne lata Ames regularnie przekazywał Moskwie informacje o agentach CIA, operacjach kontrwywiadowczych, metodach pracy i kierunkach analiz. W zamian otrzymał – według oficjalnych danych – ponad 2 mln dolarów w gotówce i przelewach (uwzględniając siłę nabywczą, to odpowiednik dzisiejszych 6 mln dolarów).
Skutki były natychmiastowe. Amerykańscy informatorzy w ZSRS zaczęli znikać. Jedni trafiali do więzień, inni zostali straceni. Operacje przygotowywane latami rozpadały się w ciągu tygodni. W Langley narastała panika, ale nikt nie potrafił wskazać źródła przecieku. Podejrzenia padały na techniczne środki inwigilacji, na zdradę agentów w terenie, na „genialność” KGB. Nikt nie chciał uwierzyć, że problem tkwi w centrali – dosłownie, siedzi przy jednym z biurek.
Późniejsze raporty mówiły o kilkudziesięciu, a nawet ponad stu źródłach skompromitowanych bezpośrednio lub pośrednio przez Amesa. „Zginęli dlatego, że ten wypaczony, morderczy zdrajca chciał większego domu i Jaguara”, stwierdził gorzko w jednej z publicznych wypowiedzi James Woolsey, dyrektor CIA w latach 1993–1995. Historycy wywiadu uznają tę aferę za jedną z najcięższych porażek amerykańskiej agencji podczas całej zimnej wojny.
Jak to możliwe, że człowiek żyjący ponad stan – kupujący dom za gotówkę, wożący się luksusowym samochodem, wydający tysiące dolarów na przyjemności – nie wzbudził podejrzeń? Odpowiedź jest bolesna: nikt nie patrzył wystarczająco uważnie. System kontroli wewnętrznej CIA okazał się dziurawy. Tłumaczenia o „pożyczkach rodziny żony” przyjmowano bez wnikliwej weryfikacji. Kontrwywiad, skupiony na zagrożeniach zewnętrznych, przeoczył wroga we własnych szeregach. „Sprawa Amesa […] była porażką zarządzania, dyscypliny i wewnętrznej odpowiedzialności”, skomentował post factum Robert Gates, szef agencji w latach 1991–1993.
Wstrząs całej wspólnoty
Przełom nastąpił na początku lat dziewięćdziesiątych. Po serii nieudanych prób wyjaśnienia katastrof operacyjnych CIA do dochodzenia włączono FBI. Śledczy uznali, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to musi chodzić o pieniądze. Zaczęto analizować wydatki, przelewy, styl życia pracowników CIA, którzy mogli mieć związek ze sprawą. I bingo – po wielu miesiącach żmudnych analiz pojawił się obiecujący trop. To nie podsłuchy ani tajne operacje doprowadziły do Amesa, lecz księgi rachunkowe.
W lutym 1994 roku funkcjonariusze FBI aresztowali Aldricha i jego żonę w ich domu w Wirginii. Nie było strzelaniny ani pościgu. Ames przyznał się do winy. W zamian za dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego zgodził się współpracować i ujawnić skalę szkód. Jego żona Rosario została skazana na krótszy wyrok za współudział i pranie pieniędzy.
Podczas procesu i późniejszych przesłuchań padały słowa, które na długo zapadły w pamięć opinii publicznej. Przedstawiciele administracji mówili o „najpoważniejszym uszczerbku dla bezpieczeństwa narodowego w powojennej historii USA”. Szefowie CIA składali publiczne samokrytyki. Kongres domagał się reform.
Sprawa Amesa wywołała wstrząs w całej wspólnocie wywiadowczej USA. Zmieniono procedury bezpieczeństwa, wzmocniono kontrole finansowe, zacieśniono współpracę CIA z FBI. Pojawiły się nowe mechanizmy oceny ryzyka „insider threat” – zagrożenia od wewnątrz.
A Ames? Zmarł w więzieniu 5 stycznia 2026 roku. Szerzej zapomniany, choć jego nazwisko funkcjonuje w podręcznikach kontrwywiadu jako synonim zdrady motywowanej chciwością i zaniedbaniami instytucjonalnymi. W świecie, w którym wojna wywiadów toczy się głównie w cyberprzestrzeni, jego historia jest opowieścią z innej epoki. A jednak jej sens pozostaje aktualny. Ames nie sprzedawał wyłącznie nazwisk czy dokumentów, ale również ciszę – czas, w którym CIA nie wiedziała jeszcze, że jej operacje są spalone, a pracujący dla niej ludzie już wpadli w ręce przeciwnika. Jego działalność potwierdza tezę, że bezpieczeństwo państwa nie musi rozpadać się spektakularnie, od razu. Czasem dzieje się to w skrytości, niezauważenie…
autor zdjęć: LUKE FRAZZA / AFP/EastNews

komentarze