Walczące w latach 1943–1945 na froncie wschodnim Wojsko Polskie trapiły liczne bolączki, które w znaczący sposób wpływały na jego wartość. Doskonale ukazują to dzieje 8 Pułku Piechoty. Zasłynął on jako oddział, który w czasie II wojny światowej w jednym starciu poniósł najcięższe lub jedne z najcięższych strat spośród polskich pułków.
Ostatni posiłek przed desantem. Polscy żołnierze na Pradze, wrzesień 1944.
Opisując Wojsko Polskie na wschodzie (które jest popularnie, acz niewłaściwie nazywane Ludowym Wojskiem Polskim), często zwraca się uwagę, że o ile służący w nim oficerowie pochodzili z Armii Czerwonej, to szeregowi stanowili jednolitą masę Polaków. Nawet w kwietniu 1945 roku 40% oficerów w 1 Armii Wojska Polskiego było obywatelami ZSRS, przy czym obsadzali oni zdecydowaną większość kluczowych stanowisk w armii, jak dowódcy dywizji, pułków itd.
Tak było w przypadku 8 Pułk Piechoty, gdzie wśród najważniejszych oficerów dominowali Sowieci, tacy jak podpułkownik Konstanty Karasiewicz, który dowodził pułkiem przez przeszło rok. Czerwonoarmiści musieli pełnić te funkcje. Polscy oficerowie zostali zamordowani w Katyniu i innych miejscach kaźni lub wyszli z ZSRS razem z Armią Andersa. Oprócz tego Stalin chciał stworzyć WP, które będzie mu całkowicie wierne.
Olbrzymim problemem był poziom umiejętności sowieckich oficerów, którzy trafili do WP. Analiza ich służby i dokonań dość jednoznacznie pokazuje, że do naszej armii trafiał raczej słaby materiał ludzki. Można mieć wrażenie, że ich przełożeni pozbywali się tych najgorszych. W oczywisty sposób wpływało to na umiejętności bojowe całej armii.
W 8 Pułku skrajnym przykładem takiego oficera był podpułkownik Jerzy Dudziński, zastępca dowódcy pułku ds. liniowych. Jego kariera wojskowa sprowadzała się do dowodzenia kompanią, od 1932 roku był kierownikiem topografii Wojskowej Szkoły Politycznej w Połtawie, a następnie wykładowcą taktyki w szkole dla oficerów w Charkowie. 19 września 1943 roku przeniesiono go do rezerwy, czyli w najgorętszym okresie II wojny światowej uznano, że nie nadaje się on do służby liniowej. I z tej rezerwy trafił do WP.
Różnie też wyglądała znajomość języka polskiego, co w oczywisty sposób utrudniało porozumiewanie się z Polakami. Również wielu żołnierzy polskich, szczególnie z zachodniej części kraju, nie rozumiało rosyjskiego.
Szeregowi i podoficerowie pułku stanowili zadziwiający konglomerat. Nie tylko trafiali się tu Sowieci, ale również było sporo Żydów czy polskich Białorusinów. Co więcej, sami Polacy mieli bardzo różne pochodzenie. Wśród nich byli ludzie, którzy przeszli Gułag, ochotnicy z terenów przedwojennej Polski, mężczyźni wzięci do wojska w ramach mobilizacji (która zresztą nie dała zakładanych rezultatów, gdyż ludzie nie palili się do służby w armii służącej interesowi ZSRS), nie zabrakło także byłych jeńców, którzy do WP trafili z Wehrmachtu, ale też weteranów wojny domowej w Hiszpanii i akowców (zwłaszcza z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty).
Doświadczenia okupacyjne tych ludzi były bardzo różne. Wielu uznawało Sowietów za większych wrogów niż Niemców, inni okazywali się kompletnie obojętni wobec obu okupantów. Poszczególne segmenty pułku niespecjalnie się ze sobą dogadywały. Co wspólnego mieli silnie zmotywowani dąbrowszczacy z dezerterami z armii niemieckiej? Oczywiście Niemcy byli wrogiem, ale nienawiść do nich często traciła na znaczeniu, gdy dochodziło do pierwszych walk i strat, szczególnie przy niekompetentnym dowodzeniu sowieckich oficerów.
Morale 8 Pułku (i generalnie WP na froncie wschodnim) pozostawiało wiele do życzenia. Na to nakładało się małe w porównaniu z Armią Czerwoną doświadczenie bojowe polskich żołnierzy. Wszystkie te czynniki nie wpływały pozytywnie na wartość bojową jednostki.
Pierwsze walki, pierwsze problemy
8 Pułk został sformowany 27 grudnia 1943 roku, a jego szkolenie było pospieszne i źle przeprowadzone. W jednostce ważnym źródłem informacji o przeciwniku i taktyce byli żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, którzy posiadali całkiem spore doświadczenie bojowe. Żołnierze cierpieli na wiele niedogodności. Co prawda otrzymywali dwa posiłki dziennie, ale brakowało tytoniu, co wówczas było bardzo bolesne. Dodatkowo 20% żołnierzy miało wszy.
Chwila przed masakrą - berlingowcy ruszają do forsowania Wisły.
Już wiosną 1944 roku pułk ruszył na zachód, a 9 sierpnia znalazł się na przyczółku warecko-magnuszewskim. Na przyczółku, w warunkach frontowych szybko pojawiły się problemy. Nawet oficerowie polityczni przyznawali, że zmobilizowani żołnierze prezentują zdecydowanie niższe morale niż ci z Sielc. Zdarzały się przypadki, że głodni wojacy kopali okopy, a oficerowie w tym czasie odpoczywali – tego typu sytuacje stały się nagminne w kolejnych miesiącach.
Co więcej, niektórzy oficerowie nie palili się, by ryzykować życie na pierwszej linii frontu. Do kuriozalnej sytuacji doszło w nocy z 14 na 15 sierpnia. Dowódca 1 kompanii chorąży Mieczysław Sawicki wywołał panikę wśród żołnierzy stwierdzeniem, że rozpoczął się niemiecki atak. Wszyscy oficerowie kompanii porzucili stanowiska i uciekli na tyły.
Na przyczółku szybko pogorszyło się wyżywienie. 14 sierpnia 1944 roku wielu żołnierzy odmówiło jedzenia. Kiełbasa była zgniła, nie otrzymano cukru, tłuszczu ani machorki. W 8 kompanii strzeleckiej demonstracyjnie wylano zupę. Było to zachowanie szokujące dla oficerów politycznych dywizji. Żołnierze byli sfrustrowani, cała sytuacja negatywnie wpływała na morale. Jeden z nich oświadczył: „Jak nas karmicie, tak będziemy wojować”. Oficerowie polityczni rzucili się, by znaleźć i ukarać autora tych słów, ale zderzyli się ze ścianą milczenia. Koledzy nie mieli zamiaru wydać tego, który powiedział to, co wszyscy myślą.
Wisła okazała się krwawą rzeką dla żołnierzy Wojska Polskiego. Zapłacili oni wielką daninę krwi latem i jesienią 1944 pod Puławami, Dęblinem i Warszawą.
W dniach 14–16 sierpnia pułk przeszedł chrzest bojowy. Okazał się on mało udany, co gorsza (z czego nie zdawano sobie wtedy oczywiście sprawy) walczono nie z Niemcami, ale żołnierzami Armii Czerwonej – doszło do bratobójczego ostrzału, tzw. friendly fire. Nawet z oficjalnych dokumentów wyłania się obraz niekompetencji wielu oficerów.
Nie może w takiej sytuacji dziwić, że pojawił się pierwszy dezerter – 20-letni starszy strzelec Gerard Goliński przeszedł na stronę wroga. Goliński pochodził z województwa poznańskiego, w cywilu był piekarzem, służył w armii niemieckiej, a do 8 Pułku trafił z obozu jenieckiego. Przeprowadzone śledztwo wykazało, że w planowaniu ucieczki brało udział jeszcze siedmiu żołnierzy, byłych jeńców służących w Wehrmachcie, w pułkowej kompanii rusznic przeciwpancernych. Wszystkich aresztowano.
Nie ulega wątpliwości, że taka sytuacja wywoływała wśród żołnierzy wzajemną nieufność. W nocy z 8 na 9 września uciekł Ukrainiec starszy strzelec Dymitry Wimiczuk. Z takimi żołnierzami rozprawiano się bez litości. Dezertera z 3 batalionu po prostu rozstrzelano. Morale nie poprawiały kiepskie warunki, w jakich przebywali ranni w szpitalu. Co ciekawe, żołnierze woleli opiekę lekarzy sowieckich, uznając ich za lepszych i bardziej profesjonalnych od polskich.
W nocy z 18 na 19 sierpnia 8 Pułk przeprowadził rozpoznanie na drugim brzegu Pilicy. Akcja po początkowym powodzeniu zamieniła się w paniczną ucieczkę przed kontratakującymi Niemcami. Bardziej optymistyczny obraz prezentowano w raportach, wręcz twierdzono, że żołnierze byli po akcji w doskonałych humorach. Z drugiej strony 29 sierpnia 1944 roku starszy strzelec Kukielke postrzelił się, by uniknąć dalszej służby.
Sytuacja powtórzyła się na początku września, tym razem postrzelił się starszy adiutant 1 batalionu porucznik Włodzimierz Koniewski (lub Kaniewski) – jak w wielu tego typu przypadkach trudno było stwierdzić, czy było to celowe działanie, czy też wypadek. Przełożeni podejrzewali samookaleczenie, zwracając uwagę, że porucznik do odważnych nie należał. Trzeba naprawdę wielkiej desperacji, by zadać sobie ranę i ryzykować życie, a także narażać się na konsekwencje prawne.
Na pomoc Powstaniu Warszawskiemu
Przyczółek warecko-magnuszewski pułk opuścił w nocy z 12 na 13 września 1944 roku i udał się na Pragę. Tam otrzymał rozkaz przeprawy na zachodni brzeg Wisły pomiędzy Mostem Józefa Poniatowskiego a średnicowym (kolejowym). Akcja przeprowadzona 19 września zakończyła się katastrofą. Zginęło blisko 600 żołnierzy pułku (rzeczywistych strat prawdopodobnie nie poznamy nigdy i mogły one być większe). Także w czasie walk zdarzały się przypadki przechodzenia na stronę wroga byłych jeńców z armii niemieckiej.
Pododdział rusznic przeciwpancernych maszeruje ul. Grochowską w Warszawie.
Sztab pułku wykazał się indolencją i tchórzostwem, w praktyce porzucił zwykłych żołnierzy. Tylko nieliczni oficerowie zasłużyli na podziw podwładnych, przede wszystkim odważny dowódca 1 batalionu kapitan Włodzimierz Baranowski. Powszechnie podziwiany, był wielokrotnie ranny w czasie walk. Po wojnie popełnił samobójstwo pod wpływem alkoholu, najprawdopodobniej cierpiał na PTSD.
Ranni podczas przeprawy żołnierze bardzo cierpieli. W szpitalach panował nieporządek, wyżywienie i opieka były złe, brakowało nie tylko gazet (a co za tym idzie: informacji), ale i czystej odzieży. Warunki były zdecydowanie mniej romantyczne niż widać to w odcinku „Most” serialu „Czterej pancerni i pies”.
Masakra pułku miała katastrofalny skutek dla morale pułku. Jak zauważył oficer polityczny dywizji: „Należy dodać, że żołnierze 3 batalionu [był to batalion, który się nie przeprawił, a więc nie poniósł ciężkich strat – przyp. aut.] stali się skryci, prowadzą ze sobą skryte rozmowy, które przerywają, gdy podchodzi ktoś z oficerów”.
Zdarzało się, że żołnierze wprost wyrażali wątpliwości co do umiejętności i odwagi dowódców. Zdawali sobie doskonale sprawę, kto ruszył z nimi ku piekłu, a kto pozostał na wschodnim brzegu Wisły. Co ciekawe, brak jest informacji wskazujących na wyciąganie konsekwencji wobec niezadowolonych żołnierzy. Najwyraźniej oficerowie nie chcieli zaogniać i tak trudnej sytuacji.
Warto zaznaczyć, że problemy dotyczyły nie tylko szeregowych. Wśród oficerów występowało rozluźnienie dyscypliny, rozkazy wykonywano opieszale, nagminne było pijaństwo. Jeśli informacja o tym trafiała do dokumentów, to spożycie alkoholu musiało być naprawdę ogromne – nawet jak na front wschodni. Prowadziło to do bardzo niemiłych sytuacji. W kompanii łączności upił się plutonowy Terpilowski, który potem zachowywał się w sposób uwłaczający oficerowi, czym podrywał swój autorytet wśród żołnierzy. Otrzymał za to naganę.
Sytuacja w pułku poprawiała się powoli. Cały czas olbrzymim problemem było wyżywienie. Żołnierze otwarcie narzekali, a zdesperowani okradali polskie gospodarstwa. Z drugiej strony więcej było słów krytycznych wobec AK czy też rządu londyńskiego. Nie da się obecnie stwierdzić, na ile one odpowiadały rzeczywistym przemyśleniom, a na ile wynikały ze świadomości żołnierzy, że cały czas są kontrolowani przez politruków.
Bydgoszcz, Wał Pomorski, Kołobrzeg, Odra, Brandenburgia
16 stycznia 1945 roku 8 Pułk ruszył na zachód w ramach nowej sowieckiej ofensywy, która przeszła do historii pod nazwą operacji wiślańsko-odrzańskiej. Przez pierwsze dni pułk nie brał udziału w walkach, ale i tak było to trudne doświadczenie dla żołnierzy. Przemarsze odbywały się w dojmującym mrozie. Co gorsza, tradycyjnie wielu oficerów w ogóle nie dbało o swoich podwładnych. Nagminnie zdarzały się sytuacje, że znajdowali oni schronienie w domach, a zwykli żołnierze musieli sami sobie radzić. Kolumna pułku bardziej przypominała bezładny potok niż wojsko. Jednostka dotarła do Bydgoszczy, a 27 stycznia 1945 roku ruszyła na północ.
Piechota ćwiczy desant z wody - tylko tutaj nie ma Niemców..., 1943. Fot. Archiwum Piotra Korczyńskiego
Najpierw żołnierze pułku zabili grupę niemieckich cywilów, następnie jeńców niemieckich, a w końcu stoczyli kilkunastogodzinny bój z… sowieckim 194 Pułkiem Strzeleckim. W czasie walki zginęło 49 polskich żołnierzy oraz 33 czerwonoarmistów. Oczywiście sprawa została zamieciona pod dywan, a w dokumentach pisano o zabitych Niemcach, których tam w ogóle nie było. Pułkowy politruk z rozbrajającą szczerością stwierdził, że żołnierze z uzupełnień poszli w bój pomimo braków w wyszkoleniu.
Nastrój w jednostce poprawił się, gdy przekroczono przedwojenną granicę polsko-niemiecką. Oczywiście nadal zdarzały się kuriozalne wypadki. 3 lutego 1945 roku szeregowy Celwaniuj pod wpływem alkoholu rzucił dwa granaty w żołnierzy 9 kompanii. Rannych zostało siedmiu żołnierzy, w tym aż sześciu ciężko. Sprawcę oczywiście aresztowano.
8 Pułk walczył na Wale Pomorskim, nie ponosząc tym razem katastrofalnych strat. W tym czasie skończyła się cierpliwość dowództwa armii, jeśli chodzi o podpułkownika Karasiewicza. 16 lutego 1945 roku został on zdjęty – jak uzasadniano – „ze stanowiska za nieudolne dowodzenie walką w czasie ofensywy i niezdolność prowadzenia pułku”. Pułk wziął udział w walkach o Kołobrzeg, a następnie w operacji berlińskiej walczył na polach Brandenburgii.
W ostatnich dniach wojny nie brakowało tragicznych wydarzeń. Dowódca pułku Grzegorz Samar zginął w przypadkowej potyczce. Chociaż w polskich raportach twierdzono, że padł on ofiarą niemieckich „dywersantów”, to nie można wykluczyć, że doszło do bratobójczego ostrzału. Nie ulega natomiast wątpliwości, że 22 kwietnia 1945 roku żołnierz 8 Pułku rzucił granat w żołnierzy 4 Pułku i zranił czterech towarzyszy broni. Sprawca uciekł z miejsca zdarzenia; nie został schwytany. Po zakończeniu wojny 8 Pułk walczył z polskim podziemiem niepodległościowym, a także oddziałami UPA.
Podsumowanie
8 Pułk nie był wyróżniającą się jednostką Wojska Polskiego na froncie wschodnim, brakowało mu spektakularnych sukcesów. Zasłynął jako pułk, który w czasie II wojny światowej w jednym starciu poniósł najcięższe lub jedne z najcięższych strat spośród polskich pułków. Chichotem historii było, że otrzymał tytuł Bydgoskiego, czyli w ten sposób została uczczona walka z czerwonoarmistami.
Analiza dokumentów i wspomnień ukazuje, jak ciężka była służba szeregowych żołnierzy. Prowadzeni przez niekompetentnych dowódców, głodni, przemarznięci ginęli w krzyżowym ogniu niemieckich karabinów maszynowych lub w bratobójczym ostrzale. Trudno w takiej sytuacji się dziwić, że ich morale było niskie. Najlepszym podsumowaniem są byli niemieccy jeńcy, którzy latem 1944 roku uciekali z powrotem na drugą stronę frontu, gdy było już oczywiste, że III Rzesza zmierza ku klęsce. Jednocześnie żołnierze cały czas znajdowali się pod czujnym okiem oficerów politycznych. Dla nich była to doskonała nauka, co można, a czego nie można mówić w „komunistycznym raju”.
Łukasz Mamert Nadolski, doktor habilitowany, kustosz dyplomowany w Muzeum Wojsk Lądowych w Bydgoszczy, gdzie przygotował liczne wystawy związane z historią wojskową. Specjalizuje się w działaniach bojowych lat 1939–1945 i konfliktach zbrojnych po II wojnie światowej. W centrum jego zainteresowań badawczych znajdują się walki 1 AWP, wojny na Bliskim Wschodzie, działania powietrzne nad Wietnamem Północnym i Falklandami oraz współczesne wojny Rosji, zwłaszcza w Czeczenii i na Ukrainie. Autor i współautor blisko 20 książek oraz licznych artykułów naukowych i popularnonaukowych. Od 2009 jest redaktorem serii wydawniczej „Militaria Pomorskie. Zbiór Studiów”, a od 2015 także serii „Wojny i Konflikty Zbrojne po 1945 roku. Zbiór Studiów”.
autor zdjęć: Fundacja KARTA, domena publiczna, Narodowe Archiwum Cyfrowe, archiwum Piotra Korczyńskiego

komentarze